Miasteczko, które dobrze, że jest

Wychodzę na skąpaną w słońcu uliczkę. W powietrzu czuć suchy zapach upału. Nad miasteczkiem niebieskie niebo. Gdy zapadnie zmrok, wyziębi wszystkie zakamarki. W San Pedro de Atacama przyzwyczaili się już do skrajności. Z tego zresztą żyją. Bez tych skrajności już dawno nie mieliby za co. Dałbyś wiarę, że był czas, kiedy tą ulicą pędziliśmy bydło? – mężczyzna z czterodniowym zarostem, noszący wełnianą czapkę z wzorkiem w alpakę wskazuje ciemną dłonią na najszerszą ulicę swojej wioski. To Toconao Calle. Jedna z głównych ulic maleńkiego San Pedro de Atacama. Chilijskiego miasteczka, w którym większość ulic jest niemal identyczna. Niewprawieni przybysze mogą mieć tu problemy z orientacją. Wystarczą jednak dwa dni pobytu, aby po dwuipółtysięcznym miasteczku poruszać się jak po własnym. – Antonio, spadaj do siebie. Klienta mi płoszysz! – korpulentna dziewczyna, u której kupuję właśnie jednodniowy tour po okolicznych pustyniach, najwidoczniej zna pana, który zapragnął podzielić się ze mną historią swojego życia. – Tak. Tak właśnie było, señor – mężczyzna kontynuuje wywód, zupełnie nie przejmując się uwagami ekspedientki. – Jeszcze na początku XX wieku. A dziś… Dziś rzeczywiście na Toconao Calle próżno szukać jakichkolwiek byków. Krów też nie ma. Zamiast nich są wałęsające się bezdomne psy. Raczej niegroźne. Szukające jedzenia. Czasem litości. Przenosząc się z jednego krawężnika na drugi, w tęsknocie za cieniem. Tego bowiem w jednym z najbardziej suchych miejsc na
     
12%
pozostało do przeczytania: 88%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze