Miasteczko, które dobrze, że jest

Wychodzę na skąpaną w słońcu uliczkę. W powietrzu czuć suchy zapach upału. Nad miasteczkiem niebieskie niebo. Gdy zapadnie zmrok, wyziębi wszystkie zakamarki. W San Pedro de Atacama przyzwyczaili się już do skrajności. Z tego zresztą żyją. Bez tych skrajności już dawno nie mieliby za co.

Dałbyś wiarę, że był czas, kiedy tą ulicą pędziliśmy bydło? – mężczyzna z czterodniowym zarostem, noszący wełnianą czapkę z wzorkiem w alpakę wskazuje ciemną dłonią na najszerszą ulicę swojej wioski. To Toconao Calle. Jedna z głównych ulic maleńkiego San Pedro de Atacama. Chilijskiego miasteczka, w którym większość ulic jest niemal identyczna. Niewprawieni przybysze mogą mieć tu problemy z orientacją. Wystarczą jednak dwa dni pobytu, aby po dwuipółtysięcznym miasteczku poruszać się jak po własnym.
– Antonio, spadaj do siebie. Klienta mi płoszysz! – korpulentna dziewczyna, u której kupuję właśnie jednodniowy tour po okolicznych pustyniach, najwidoczniej zna pana, który zapragnął podzielić się ze mną historią swojego życia.
– Tak. Tak właśnie było, señor – mężczyzna kontynuuje wywód, zupełnie nie przejmując się uwagami ekspedientki. – Jeszcze na początku XX wieku. A dziś…
Dziś rzeczywiście na Toconao Calle próżno szukać jakichkolwiek byków. Krów też nie ma. Zamiast nich są wałęsające się bezdomne psy. Raczej niegroźne. Szukające jedzenia. Czasem litości. Przenosząc się z jednego krawężnika na drugi, w tęsknocie za cieniem. Tego bowiem w jednym z najbardziej suchych miejsc na naszej planecie mają deficyt.

Dla horyzontu
Północne Chile. I niespełna trzytysięczna, odcięta od reszty cywilizacji wioska. San Pedro de Atacama. Wyspa na pustyni. Do Boliwii jest stąd przysłowiowy rzut kamieniem. Ledwie 35 kilometrów. Do Argentyny też nie za daleko, tylko 120 kilometrów. W takim oto narożniku trzech państw znajduje się jedno z najbardziej suchych miejsc świata. Na pobliskiej Dolinie Księżycowej deszcz widzą raz na...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: