Zagubiony Plastuś bez mapy

Dotarcie do tej irańskiej wioseczki to jak wkroczenie do innego świata. Z inną kulturą i obyczajami, lecz nie nieprzychylnego. Ale właśnie spojrzenie na to miejsce bez europejskich przyzwyczajeń sprawi, że być może uda się nam odkryć wyjątkowość Kandovan. Wioski położonej w górach tzw. Azerbejdżanu Wschodniego. W ciemnej izbie widać ledwo tlącą się plamkę. To dogasający płomień z grzewczej kozy. Stojący w rogu pustego pomieszczenia piec jest w tej chwili jedynym przedmiotem, który ma tak wyraźny zarys. Prócz niego widać tylko cztery gołe ściany. W przedświtowej szarzyźnie ciężko rozpoznać, co dokładnie leży na podłodze. Dopiero gdy przyzwyczai się wzrok… Oto kilka porozrzucanych toreb, dwa otwarte plecaki, poskładane w kostkę ubrania. I szeleszczące od ciągłego pocierania o dywan śpiwory. To ich szuranie zakłóca w tej chwili ciszę nocną w tej niewielkiej górskiej osadzie. – Tylko ja tak marznę, czy tobie też jest tak zimno? – odzywam się, wysuwając na chwilę twarz spod zakrywającego twarz śpiwora. – Stefan, pieruńsko. Spać nie mogę… – Po tonie głosu leżącego obok na karimacie Mateusza wnioskuję, że i jemu nie jest w tej chwili najcieplej. – Chyba koza przestała grzać… – Spoglądam w stronę kąta izdebki, gdzie przynajmniej w teorii powinien stać piec. Jeszcze wczoraj wieczorem tam był. Pamiętam nawet, jak nasz irański gospodarz przyszedł na chwilę do pokoju z białą butelką jakiegoś płynu. Wlał, rozpalił i wyszedł. I tyleśmy go widzieli. – Stefan… – Mateusz
     
12%
pozostało do przeczytania: 88%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze