WYROK

No i potem był drugi szpital. Trzeba było wziąć skierowanie od lekarza rejonowego, trzeba się było nastać, naczekać, surrealizm dla zdrowego przecież człowieka, ale w gruncie rzeczy jakaś tam normalność w obecnej sytuacji służby zdrowia. Mógł te badania zrobić w specjalistycznej klinice, ale dopiero po wakacjach, jego znajomi lekarze powyjeżdżali, a normalną drogą na przyjęcie tam trzeba było czekać miesiącami, a w najlepszym wypadku, może ze względu na jego nazwisko, tygodniami. Postanowił więc pójść do normalnego szpitala rejonowego, nie najgorszego, ale żadne tam wielkie halo. Wtedy po raz trzeci okazało się, że niczego nie można wykluczyć. Ale nic go jeszcze nie tknęło. Przecież szpital też nie miał specjalistycznego sprzętu, a jeden, drugi, trzeci lekarz, z różnych zresztą klinik i przychodni, zgodnie powtarzali, że to się zdarza, że nie ma co przeżywać, bo czasem nawet dłużej trwa wykluczenie tego Złego. A więc dalej był spokojny, nawet najmniejszej igiełki niepokoju, zero złego przeczucia, uspokajał E., wzruszając ramionami, „wszystko będzie dobrze”, „nie ma się co nakręcać”. Ganił ją nawet, że zajmuje się tym, czego na pewno nie będzie, co przecież wciąż jest tylko teoretyczną, abstrakcyjną groźbą, odległą jak w powieści o tym, co dzieje się za siódmą górą i za siódmą rzeką.

Zresztą były wakacje, w czasie kanikuły nie myśli się o nieszczęściach, wszelkie dramaty, potencjalne dramaty bierze się w nawias i usuwa ze świadomości. Choćby czasowo. Potem myślał, że gdyby nie wakacje, to wcześniej by się dowiedzieli, bo ci zaprzyjaźnieni lekarze specjaliści mający z jakichś tam powodów długi wdzięczności, byliby na miejscu. No i dalej zachowywał olimpijski spokój i ten spokój sprzedawał E., która z kolei miała czasem fale jakby kobiecych przeczuć, jakieś niewytłumaczalne, instynktowne złe myśli, które przychodziły, ale które zbywał machnięciem ręki, lekceważącym, nonszalanckim „daj spokój”, „ty znowu o tym”.

Wakacje się kończyły ani nie za...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: