Strach i nędza tolerancji

Nie lubię słowa tolerancja! Stało się ono bowiem uniwersalnym kluczem, wytrychem lub łomem. Istnieje w końcu wiele innych wyrażeń przydatnych w określaniu relacji międzyludzkich – wyrozumiałość, pobłażanie, empatia, litość, miłosierdzie. W odróżnieniu od wyżej wymienionych tolerancja przekroczyła niestety swój pierwotny sens, gdy znaczyła tyle co znoszenie czegoś, i stała się równoznaczna z afirmacją, w dodatku obowiązkową. Zawsze bliskie mi było podejście „nie podzielam, ale znoszę”. Nic nie zmusi mnie do zachwytów nad seksem uprawianym przez osoby jednej płci, co jednak nie znaczy, bym pochwalał ich dyskryminację czy wykluczenie, nie mówiąc już o penalizacji, co jeszcze wiek temu było normą na całym świecie, czy tym bardziej fizycznej eliminacji, do czego przystąpili – skądinąd niekonsekwentnie – hitlerowcy. Żeby było jasne, będąc przeciwnikiem dyskryminacji, nie uważam, że właściwe jest dopuszczanie aktywnych pederastów do wychowywania dzieci (również ministrantów). To tak jak z niedostępnością zawodu pilota dla daltonistów – nie jest to pozbawianiem ich praw człowieka, lecz jedynie ostrożnością. Paranoja współczesnych czasów, której objawem jest poprawność polityczna, polega na tym, że neutralna obojętność wobec odmienności już nie wystarcza. Trzeba ją lubić, cenić, szanować, inaczej grozi łatka homofoba, a z czasem represje karne. Tolerancja, która wzięła się rzekomo z umiłowania wolności, dziś staje się tej wolności głównym przeciwnikiem. Sukces hasła
     
46%
pozostało do przeczytania: 54%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze