Nadzieja dla szczurołapa

Śmierdzący pleśnią piwniczny korytarz, może sowieckie pokrzykiwania. Może ręce, związane na plecach powrozem, zaczęły się pocić. Strach? Zapewne, ale raczej o to, że nie zobaczy już żony i syna. Potem pomieszczenie bez okien, przyłożony do karku nagan kaliber 7,62 mm. Strzał. A potem czerń nocy, cisza – tak mogły wyglądać ostatnie chwile poety Władysława Sebyły.

Gdyby dane mu było przeżyć wojnę, z całą pewnością dziś należałby do panteonu polskich poetów, wymieniano by go jednym tchem na przykład razem z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, z którym zresztą się przyjaźnił. Zapewne stanąłby przed wyborami swojego pokolenia: emigrować?, buntować się?, jakoś sobie ułożyć życie w Polsce Ludowej? Tych wyborów oszczędziła mu sowiecka kula. Zastrzelony przez NKWD, zakończył życie gdzieś w okolicach Charkowa.
Tekstu o Władysławie Sebyle nie napisałabym, gdyby nie Bohdan Urbankowski, który wielokrotnie mnie do tego zachęcał, wręcz się tego domagał. A ja robiłam uniki, bo mi ten Sebyła jakoś nie pasował: i data śmierci jeszcze przed „moją” epoką, czyli czasami PRL-u, i życiorys pozbawiony raczej anegdot, a ja wolę takie bardziej barwne, łobuzerskie, i wierszy właściwie nie znałam. W końcu zmęczona Bogusiowym „może byś wreszcie napisała o Sebyle”, powtarzanym prawie jak katońskie Ceterum censeo Carthaginem esse delendam przy każdej rozmowie o czymkolwiek (nikt nie umie tak walczyć o pamięć o poecie jak inny poeta!), stwierdziłam, że na odczepnego przynajmniej poczytam sobie te wiersze. No i mnie trafiło. Jakiś mrok, jakaś ciemna, podszyta samotnością melancholia. Kłótnia z Bogiem i potrzeba tego Boga. A wszystko to czytane z perspektywy Katynia, tej śmierci, która okazała się paradoksalnie kropką nad „i” dla tej niepokojącej twórczości.
O Sebyle pisano dotąd niewiele. Poza rozproszonymi w prasie – bardzo często lokalnej – publikacjami niezastąpionym źródłem informacji była dla mnie monografia Elżbiety Cichli-Czarniawskiej, której konia z...
[pozostało do przeczytania 89% tekstu]
Dostęp do artykułów: