Bandersnatch, czyli coś za coś

Tuż przed końcem 2018 roku na Netfliksie pojawił się film „Bandersnatch”, będący nową, interaktywną odsłoną serialu „Czarne lustro” („Black mirror”). Co nowa forma telewizyjnej rozrywki nam daje, a co odbiera?

Od emisji pierwszego odcinka „Czarnego lustra” upłynęło już osiem lat. W tym czasie zmieniło się całkiem sporo. Prawa do serii od Anglików wykupili Amerykanie z Netfliksa, powstały cztery sezony, na które złożyło się 19 odcinków i odcinków specjalnych, wreszcie – przedstawione na ekranie wizje świata stały się jeszcze bardziej realne. „Czarne lustro” w wielkim skrócie stanowi jedno wielkie, ubrane w maskujący kombinezon fantastyki ostrzeżenie przed tym, jak technologie mogą nas – w najlepszym razie – rozczarować. W najgorszym zaś zmienić życie bohaterów w piekło.

Niekończący się koszmar
Ten ostatni aspekt jest chyba najciekawszy, choć na dłuższą metę męczący. W kilku odcinkach serialu wykorzystując nowoczesne techniki sterowania umysłem bądź wytwarzając odpowiednie warunki w otoczeniu – oczywiście z pomocą zaawansowanej techniki – bohaterom fundowano niekończący się koszmar, powtarzającą się w nieskończoność egzekucję bądź całkowite społeczne odrzucenie. Co ważne, choć karty odkrywano powoli, zawsze okazywało się w końcu, że kara spotykała winnych – morderców, pedofilów… Lecz prowokowała też pytania o granice tej kary w chwili, gdy człowiek ma możliwość być dla siebie i innych już nie tyle sądem, ile sądem ostatecznym. Technika z „Czarnego lustra” umie  bowiem cierpienie rozciągnąć w nieskończoność, zbawienia jednak nie potrafi zaoferować.
W innych, na pozór łagodniejszych w wymowie opowieściach, pokazywano nam takie sytuacje, jak usługa cyfrowego klonowania osób zmarłych, doprowadzona do perfekcji rodzicielska kontrola czy przymusowe, systemowe kojarzenie w pary. I choć odcinki te obeszły się z reguły trochę łagodniej ze swoimi bohaterami, to gdy przychodzi czas na refleksję, okazuje się,...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: