Z opowieści starego dębu

Powiedzmy sobie szczerze. Takie miejsca na polskiej mapie przeoczyć bardzo łatwo. W końcu nie trąbią o nich w mediach. Nie mają swoich specjalistów od reklamy. Pozostają zwykle w cieniu innych. Dostaną się w nie tylko ci, którym naprawdę zależy. Którzy naprawdę chcą. Którzy przeczytają gdzieś choćby o takim „różańcu na wodzie”. Jedynym w całym kraju.

Tak, byłem tu. Byłem…” – wyszeptał papież. Otoczony przez kilkunastu towarzyszy ruszył wzdłuż grobli w kierunku wyspy. „Jeszcze jako pielgrzym. Pamiętam, jak przypływaliśmy w to miejsce. Wiele razy. Ale jako papież jestem tu po raz pierwszy”. W tym momencie Ojciec Święty zawiesił na chwilę głos. Ciszę przecinał łagodny szum porastających wyspę trzcin. Gdzieś znad jeziora dochodziło ciche kwakanie kaczek. Tchnienie przyrody dawało w tym miejscu o sobie znać jak mało gdzie. Wczesne czerwcowe popołudnie igrało z odchodzącym w niebyt porankiem. Zdawało się, że pauza w wypowiedzi Jana Pawła II trwa bardzo długo. „I chyba już ostatni” – zakończył.

Niespodziewany gość
To była środa. Dokładnie 9 czerwca 1999 r. Papież w czasie, jak się potem okaże, swojej najdłuższej pielgrzymki do ojczyzny miał akurat dzień wolny. Z przewidzianym odpoczynkiem w pokamedulskim klasztorze nad Wigrami. Jan Paweł II nie byłby jednak sobą, gdyby podążał za szczegółowo ustalonym protokołem i wytyczonym wcześniej programem. Tego dnia, korzystając z okazji, zapragnął przybyć do bliskiego mu sercu sanktuarium. Schowanego w sercu Puszczy Augustowskiej. W Studzienicznej.
Dziś po tej wizycie ostały się nieliczne fotografie. Zdobią obie boczne nawy drewnianego kościółka pw. Matki Bożej Szkaplerznej. 100 metrów dalej, na wyspie z cudownym obrazem Matki Bożej Studzieniczańskiej (kopią obrazu z Jasnej Góry), znajduje się również pomnik ojca świętego. Zastygłego w tej samej pozie, w jakiej uwiecznił go fotograf obserwujący, jak papież schodzi ze statku i oparty na lasce wchodzi na ląd. Postać...
[pozostało do przeczytania 87% tekstu]
Dostęp do artykułów: