Przyjedźcie do „katolickiego Las Vegas”

Pamiętam, gdy byłem tu tuż po wybudowaniu bazyliki. Kiedy w mediach aż szumiało od „rozrzutności” Kościoła oraz fatalnego gustu projektanta. Kiedy życzliwi i nieżyczliwi pochylali się nad komercjalizacją przestrzeni sakralnej oraz – i to chyba przede wszystkim – nad ogromem pieniędzy, które „przecież mogły zostać przeznaczone na lepsze cele”. Przyznam, że sam dałem się przekonać temu trendowi. Sam wiesz najlepiej, z czym może wiązać się nazwa Licheń. I jaka może być jego etymologia…” – ksiądz Staś zawiesza głos. Przyznam się, że do tej pory jakoś nigdy nie zastanawiałem się dłużej nad tą nazwą. Przylgnęła niegdyś do mojej świadomości jako po prostu „Licheń”. Miejsce, gdzie bywało się na szkolnej pielgrzymce. Gdy okoliczna łąka przypominała jeszcze wielki plac budowy. I gdy prowadząca grupę siostra zakonna organizowała nam Drogę Krzyżową. Oczekując od nas, uczniów, skupienia i ciszy. To był Licheń. Tak go zapamiętałem. Oprowadzający mnie po swoich byłych proboszczowskich włościach marianin raz jeszcze przebiega po nas wzrokiem. „Tak, tak. Nie ma się co oszukiwać. To nie zawsze było święte miejsce”. Ksiądz Staś ma rację. Wystarczy pogrzebać w tutejszych księgach opowiadających o historii tego miejsca. Opisana tam będzie choćby wiara w słowiańskiego demona o imieniu Licho. Postać szkaradną i budząca grozę. Zwyczajowo wyobrażana przez lokalną ludność jako wychudzona kobieta z jednym okiem pośrodku czoła. Demon ten miał personifikować nieszczęście, zły los i
     
7%
pozostało do przeczytania: 93%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze