Cisza jak ta

Pamiętam, jak młody Peruwiańczyk prosił, abym raz jeszcze przemyślał decyzję o wyjściu w góry. „Idzie pora deszczowa” – ostrzegał. Co ja jednak mogłem poradzić, gdy na cudne pasmo Cordillera Blanca miałem tylko ten jeden miesiąc. Trzeba było iść. Pomimo wszystko. „Bo boskim potomkom nie wolno zakochiwać się w ludziach…” – szepcze, wolno przeżuwając liście koki. Nad nami ciemne, górskie niebo zasiane rojem jasnych punkcików. Gwiazdy na półkuli południowej to dla mieszkańców Starego Kontynentu obszar do nieskończonych obserwacji. Nie znajdziemy tam popularnego Wielkiego Wozu. Nie ma Kasjopei. Nie ma Oriona. Jest nowe. Niezbadane. Mrowie białych kropek na palecie nocnego nieba. A poniżej biała, porwana linia wyznaczona przez grań otaczających nas w tej chwili szczytów Cordillera Blanca. „Nie wolno im…” – kontynuuje pasterz, dokładając do ognia. Od rana przemierzamy dolinę Santa Cruz. Kilkanaście godzin wędrówki. Na dziś starczy. Do tej pory szliśmy przez wypalone słońcem pastwiska, ukwiecone łąki, malownicze strumyki z imitacjami mostów powstałych ze zręcznie porozrzucanych głazów. Wreszcie zaczęło się podejście. Wpierw delikatne i dyskretne. Z czasem coraz ostrzejsze i wymagające kolejnych kropli potu. Po całodziennym trudzie znaleźliśmy się na olbrzymiej śródgórskiej łące. Ku naszemu zdumieniu łące zamieszkanej. To tu, to tam stały drewniano-kamienne chaty. Pastewne izdebki ludzi gór. Ludzi Cordillera Blanca. Trudno zdobyć ich zaufanie. Raczej unikają
     
8%
pozostało do przeczytania: 92%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze