Wielka Sobota japońskich chrześcijan

Po triumfalnym wejściu chrześcijaństwa do Japonii wydawało się, że kraj ten uda się schrystianizować w ciągu jednego pokolenia. Tak się jednak nie stało, a zamiast tego nastało siedem pokoleń straszliwych prześladowań. Chrześcijanie mieli wyginąć. Tak się jednak nie stało.

Pierwsi misjonarze, którzy przybyli na japońskie wyspy (a stało się to 15 sierpnia 1549 r.), byli zachwyceni tempem, w jakim przyswajano tam wiarę. Chrzty były masowe, a przyjmowali je nie tylko chłopi, lecz także samurajowie, a książęta – także ci rozgrywający – obiecywali, że tak jak cesarz Konstantyn przyjmą chrzest na łożu śmierci. Wszystko więc wskazywało na to, że w ciągu kilkunastu, najdalej kilkudziesięciu lat Japonia zostanie chrześcijańskim krajem, tak jak stały się nim Filipiny. Święty Franciszek Ksawery pisał nawet takie raporty do przełożonych Towarzystwa Jezusowego i uznał, że najlepsze siły misyjne trzeba skierować właśnie do pracy na tych wyspach. I tak się stało. Do Japonii trafiali najlepsi z najlepszych, wierzący, wykształceni, uczący się języków, zgłębiający ich naturę. Powstały pierwsze seminaria duchowne, w Nagasaki budowano piękne kościółki. Jednym słowem wydawało się, że wszystko idzie ku wielkiemu nawróceniu, szybszemu nawet niż to, które dokonało się w Rzymie.

Kolejna buddyjska sekta?
A jednak szybko okazało się, że sprawa nie jest taka prosta. Pierwsi tłumacze misjonarzy posługiwali się językiem, który sugerował, że chrześcijanie są jakąś nową sektą buddyjską, i to m.in. dlatego tak ciepło ich przyjmowano. Jakby tego było mało, dla ogromnej większości przywódców japońskich kontakt z misjonarzami był opłacalny, bowiem przybywali oni zazwyczaj na statkach kupieckich, a na kontaktach z kupcami (którzy przywozili choćby broń prochową) korzystano. Gdy jednak okazywało się, że misjonarzom wcale nie o handel chodzi, i gdy zaczynano opowiadać sobie o tym, że idą oni zawsze jako poprzednicy zdobywców, sytuacja...
[pozostało do przeczytania 76% tekstu]
Dostęp do artykułów: