Inicjacja

Przyszedłem jak zwykle przed czasem, udałem się więc na kawę do Harendy, kątem oka zauważając na parkingu Teatru Polskiego tłok autokarów z napisem WYCIECZKA. Rozgadałem się i przez Oboźną wszedłem na teren uniwersytetu lekko po czasie. Wiec w obronie swobód demokratycznych już trwał, szczupła dziewczyna (Irena Lasota) czytała deklarację, a z boków zaczął napierać „aktyw robotniczy”. Nie miałem pojęcia, że tak w Dzień Kobiet zaczynają się wydarzenia, które miały wstrząsnąć Polską, a dla mojej generacji stanowić ideową inicjację.

Dziś wspominając Marzec ’68, mówi się głównie o kwestii antysemickiej. Tymczasem pojawiła się ona stosunkowo późno, a dla nas, studentów, nie miała znaczenia, choć prasa z lubością wymieniała obcobrzmiące nazwiska Szlajfer czy Dajczgewand. Nie wiedzieliśmy nic o partyjnych rozgrywkach i marszu Moczara po władzę – nasz uproszczony obraz świata ograniczał się do odruchu solidarności. Zdjęto „Dziady”, relegowano kolegów, bito studentów. Naturalne było, że po piątkowej batalii na uniwersytecie ruszyła Politechnika, a w poniedziałek cała studencka Polska. Wymachiwaliśmy konstytucją PRL, ale de facto był to protest przeciw reżimowi, cenzurze, propagandzie (wtedy po raz pierwszy darliśmy gazety, wołając: „Prasa kłamie”). Istniał oczywiście pewien dysonans, wiedzieliśmy, że tzw. Komandosi atakują system od lewa, ale liczyło się, że atakują i spadają na nich represje. Byliśmy gotowi bronić nawet zwolnionych profesora Brusa, Baumana czy Baczkę, nie mając pojęcia o ich „zasługach” w okresie stalinowskim. Problem antysemicki w ogóle dla nas nie istniał. Kiedy w 1967 r. wybuchła wojna sześciodniowa, z dwoma lewackimi wyjątkami wszyscy kibicowali armii Mosze Dajana. Wielu z nas nie wiedziało nawet, że istnieją w Polsce jacyś Żydzi, nie zastanawiając się nad pochodzeniem naszych kolegów. Inna sprawa, że aż do przesłuchania w Pałacu Mostowskich nie wiedziałem, że wśród studentów są współpracownicy służby bezpieczeństwa....
[pozostało do przeczytania 47% tekstu]
Dostęp do artykułów: