Godzina wychowawcza „Kamiennego Strażnika”

Wyżej na tym kontynencie wejść się nie da. Wyższego punktu widokowego na tej półkuli nie znajdziemy. Dach latynoskiego świata. „Matka gór” dla Indian. Dla poetów „wypełniająca niebo świetlna boja, gigantyczna i samotna”. Najwyższa góra tej ziemi. Idę coraz wolniej. Najgorsze, że wcale nie odczuwam jakiegoś spadku formy. Mało tego. Gdyby nie fakt, że idąca zwykle kilkadziesiąt metrów za mną koleżanka nagle zaczęła mnie łatwo wyprzedzać niczym bmw malucha, wcale bym się nie zorientował, że coś jest nie tak. Dziwnie mi jakoś… Rozglądam się dookoła. Pięknie. O to mi chodziło. Takie Andy zawsze chciałem zobaczyć. Dzikie, półpustynne, pastelowe. Pejzaże żywcem wyjęte z obrazów Salvadora Dalego. Sinawe, pomarańczowe, brunatne. Takie inne. Z obłymi kształtami wielkich górskich kolosów nade mną. Puff… Jakoś trudniej oddychać. Dobrze mi zrobił ten krótki odpoczynek. Czas jednak ruszyć wyżej. W tym momencie orientuję się, że mijająca mnie kilka chwil temu Monika jest już ledwo widocznym punkcikiem. Ależ wyrwała. Czy to może ja tak długo kontemplowałem widoki? Albo organizm upomniał się o swoje, żądając zasłużonej przerwy? Zastanawiające jest jedynie to, że do tej pory nie chciał tych przerw praktycznie wcale. Niezręcznie to pisać, ale zwykle to mi przypadało w udziale czekanie na tych, co za mną. Co się dzieje? Widząc oddalającą się coraz szybciej Monikę, zbieram się w sobie, aby ruszyć nieco żwawiej. I wtedy się zaczyna. Odruch wymiotny jest bardzo silny. Znów muszę
     
8%
pozostało do przeczytania: 92%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze