Zdziczenie obyczajów

Zastanawiam się nad początkiem. Kiedy nasze życie polityczne stoczyło się w otchłań chamstwa, kiedy zatriumfował w publicznym dyskursie język menela, nawet w PRL-u niewpuszczany na salony? Owszem, za komuny wróg był rytualnie opluwany – epitety na temat warchołów wszelkiej maści, psów łańcuchowych czy karłów reakcji kłębiły się na łamach „Trybun” i „Żołnierzy Wolności”, ale z rzadka schodziły do życia codziennego. Gnojący i gnojeni żyli między sobą, świadomi, że role zawsze mogą się odmienić, a wspólnym barakiem i tak rządzą Sowieci.

Zresztą prywatnie wszyscy od dysydenta po członka KC myśleli z grubsza to samo.
Jednostki, które się zbytnio wychyliły, jak Janusz Przymanowski czy Albin Siwak, nie cieszyły się estymą nawet wśród swoich.
Paradoksalnie zmianę przyniosła wywalczona wolność słowa. Skorzystał na niej najbardziej „Goebbels stanu wojennego” Urban – pierwszy szkodnik III RP. Otworzył on szeroko łamy swego „Nie” na wulgarność, chamstwo, obrzydliwość. Ideologia „panświnizmu” z czołową tezą „czarni nie są lepsi od czerwonych” trafiła do przekonania wielu tym, którzy nie przeszli przez komunę całkowicie suchą stopą.

Skończyło się szybciej za sprawą afery Rywina. Równocześnie upadek obyczajów wspomagał kloaczny język, który kultura popularna – na przykład filmy „Psy” czy „Dzień świra” – nobilitowała na ekranie. Kolejnym etapem chamienia Polaków stał się projekt polityczny, który można śmiało nazwać „palikotyzmem”. Komunistyczne resentymenty znikały za sprawą biologii, trzeba było wykreować coś, co miało pozory nowoczesności, postępu. Dzielenie Polaków i eskalacja konfliktów były dziełem doradców Tuska, którzy w ten sposób znaleźli pomysł na odreagowanie klęsk i odzyskanie pola. Wszystkie organizacje totalitarne, a Platforma z wolna stawała się taką, odwołują się do odczłowieczenia wroga i odwołania do najniższych uczuć, takich jak poczucie wyższości, nienawiść i pogarda. Tragedia smoleńska stworzyła dla tego...
[pozostało do przeczytania 37% tekstu]
Dostęp do artykułów: