Na Lofoty… po wiarę

Północna Norwegia. Archipelag odległej północy. Gdzie noc i dzień polarny tylko się wymieniają. Gdzie spełniają się marzenia. Gdzie odnajdywana jest wiara.

– Pan tam nie jedzie! Nie ma sensu! – grzmiał.
– Za późno. Bilety już kupione. Trasa wytyczona. Samochód na miejscu zarezerwowany i w połowie opłacony. Nie mogę się wycofać… – tłumaczyłem spokojnie.
– Bo wie pan… – Głos w słuchawce jakby na chwilę się zawiesił. – Rozmawiałem przed chwilką z panią Elżbietą. To Polka mieszkająca w Narwik. To jest tuż obok Lofotów, tam gdzie pan tak się uparł lecieć. Mówi, że od kilku tygodni praktycznie nie wychodzi się z domu. Psa z budy by nawet nie wygoniła. Szarówa jest taka, że na kilka metrów ledwo co widać. Nie ma sensu… Żal pańskiej fatygi. Żal pieniędzy…
– Ale ja już nie mogę… – Po raz kolejny spróbowałem uświadomić mojemu rozmówcy sytuację.
– No rozumiem, rozumiem… – Głos w słuchawce jakby się uspokajał. – Ale ja przecież panu mówiłem. Sam leciałem na Lofoty przeszło trzykrotnie. I zawsze, powtórzę to: zawsze, było deszczowo i obrzydliwie. Tam po prostu tak jest…
Odkładam słuchawkę. Po takiej rozmowie trudno mieć tęgą minę. Dzwonił szef norweskiej firmy deweloperskiej. Kto jak kto, ale on akurat zna Skandynawię jak własną kieszeń. W ciągu roku bywa tam wielokrotnie. Próbował pomóc. Wie, gdzie się wybieram. Chcę spełnić jedno ze swych marzeń.

Lofoty pod grzejnikiem
Dziś już nawet nie pamiętam, kto mi po raz pierwszy powiedział o Lofotach. Może ojciec? To by w sumie miało sens. Odkąd pamiętam, fascynowała go Norwegia. Zwłaszcza ta daleka, północna, za kołem podbiegunowym. A może o Lofotach po prostu gdzieś przeczytałem? Albo zobaczyłem chwytliwy baner na którymś z targów turystycznych? Ze sloganem, który od lat majaczy mi się w głowie: „Norweska Nowa Zelandia”. Tak… Na odległą wyspę antypodów chciałoby się kiedyś polecieć. Ale to przecież jeden z najdroższych kierunków na świecie....
[pozostało do przeczytania 89% tekstu]
Dostęp do artykułów: