Tu, gdzie kończy się droga…

Głęboka selwa pogranicza Panamy i Kolumbii. Z szukającymi tu schronienia kolejnymi grupami zbrojnymi FARC, z narkotycznymi gangami chowającymi się przed prawem. Wreszcie z nielegalnymi imigrantami, którzy w przeprawieniu się przez przesmyk widzą swoją szansę na pomyślne dostanie się do Panamy, Hondurasu, Gwatemali, a następnie Meksyku i może Stanów Zjednoczonych. Witajcie na ziemi niczyjej. Witajcie w Darién.

– Dlaczego nie wyszedłeś z autobusu? Mówiłem przecież jasno, prawda?
– Musiałem nie usłyszeć, przepraszam… – bronię się, nadal wybudzając umysł z głębokiego snu.
– Bierz paszport i zasuwaj mi do kolegi. Czeka już na ciebie na zewnątrz.
Mundurowy służbista z Senafrontu (elitarnej jednostki panamskich służb specjalnych do spraw zwalczania przemytu narkotyków) i tak jest dosyć grzeczny. Nie warczy, nie szturcha, nie wlecze do ciemnego zaułka. Po prostu czyni swe obowiązki. Nie czuję wobec niego żalu. Jedynie współczucie. Że o trzeciej w nocy musi pełnić wartę na środku szosy w dżungli.
Przeciskam się między zaspanymi współpasażerami. Kierowca standardowo rozkręcił klimatyzację na maksimum. Część ludzi siedzi więc przykryta szczelnie kocami. Ktoś wszedł w śpiwór. Jakaś pani tuli płaczące dziecko. Pewnie obudził je blask latarki świecącego po twarzach ludzi żołnierza. Chrapiący dwa rzędy przede mną pan jest już tak przechylony w lewo, że cudem jest, iż jeszcze nie wylądował w przejściu. Muszę go podtrzymać. Inaczej nie przejdę. Mimo że jest środek nocy i wszyscy śpią, mam wrażenie, że ktoś mnie nieustannie obserwuje. Jakby czekając, co się wydarzy. Czy przepuszczą białego gringo dalej. Czy będzie musiał wysiadać już tutaj. Sam się rzeczywiście nad tym zastanawiam...
– Po co właściwie chcesz wjechać do Darién? – przeglądający paszport żołnierz Senafrontu jest bardziej sympatyczny od swego poprzednika, który mnie tu skierował. Uśmiecha się życzliwie, wertując kartki mojego dokumentu.
– Chodzi o koniec...
[pozostało do przeczytania 89% tekstu]
Dostęp do artykułów: