Dobra robota

Leśna chatka zlokalizowana jest w osadzie Kasap. Dotarliśmy tutaj po całodziennej jeździe po papuaskim interiorze. Wąska asfaltowa nitka wbijała się klinem pomiędzy bujne lasy, zielone pagóry i wyrastające nie wiadomo skąd słomiano-gliniaste chatki.

Skrzypiące miarowe łkanie dochodzi z samego dołu naszej chatki. W papuaskim buszu powoli dogasa kolejny słoneczny dzień. Świadczą o tym chociażby świdrujące powietrze dziwne odgłosy lasu. Nie ma tu tak swojsko brzmiących dźwięków świerszczy. Są za to jakieś inne. Mniej znane. Mniej oswojone. Teraz wszystko to w zestawieniu z miarowym, systematycznie słyszalnym skrzypem z dołu naszej chatki przybiera nowy wymiar. Dopełnienie egzotyki. Tej papuaskiej. Najbardziej rdzennej.
– Bogdan, ty musisz jeszcze mocniej zasuwać tą pompą! Bo w tym tempie to my dziś prysznica nie weźmiem! – ze strychu naszej zrujnowanej leśnej chaty słychać polski język. Po chwili dochodzą nas odgłosy mocowania się z oknem. Jak mniemam – nie otwieranym od miesięcy. Skrzyp, trzask, nieco szarpaniny, wreszcie jest. Z okna wygląda niezwykle sympatyczna twarz. Delikatna broda, pogodne drobne oczka. To ojciec Józef, michalita. – Mówię Ci, Boguś. Wytęż no mięśnie jeszcze, bo Magda by się wykąpać chciała.
– Weź, ty, przestań się wygłupiać. Jeszcze uwierzy, że taka prima donna jestem – w całej tej zabawnej scence słychać wreszcie i kobiecy głos.
– Ha-ha! A nie jesteś?! – dla Józka takie słowa to tylko woda na młyn. – Słyszałeś? Bogdan? Magda chce wziąć prysznic! A ty się guzdrosz i guzdrosz, chopie! – krzyczy Józek, zdradzając swoje śląskie korzenie.
– Już, już… Jeszcze chwilka i woda powinna polecieć – pokorny i spokojny głos ojca Bogdana, również michality, ma już zupełnie inny charakter. Owszem, również w nim wiele zabawnego uśmiechu, ale jakby w miejsce zaczepnego dowcipu pojawia się wszechogarniający spokój. Tych dwóch ludzi wspaniale się uzupełnia. Lepszych przewodników na mój papuaski pobyt nie mogłem...
[pozostało do przeczytania 90% tekstu]
Dostęp do artykułów: