Zagadka Donalda T.

Rzadko poddaję się nastrojom stadnym. Kiedy tłum gapiów biegnie w jakąś stronę, przeważnie ruszam w przeciwną, podobnie jest z wydawaniem sądów. Nagminność opinii nie jest dla mnie argumentem przemawiającym za ich słusznością. Podobnie jest z podejściem do osoby Donalda Trumpa, który ma, również u nas, opinię „amerykańskiego Żyrinowskiego”, a perspektywa jego prezydentury wydaje się czymś jeszcze gorszym niż władza nad zjednoczoną Europą w rękach Kaczyńskiego, Orbána, do spółki z panią Le Pen. Owszem, nie podoba mi się fizys miliardera, ale nie znam się na męskiej urodzie, mam też duże zastrzeżenie do jego inicjałów D.T. i imienia, chociaż od dzieciństwa Kaczor Donald był dla mnie postacią raczej sympatyczną. Nade wszystko jednak pragnę zrozumieć, dlaczego on, a nie kandydaci republikańskich elit –  i ci libertyńscy, i ci bogobojni, schlebiający mniejszościom etnicznym lub tradycyjnym wartościom – stał się twarzą Ameryki republikańskiej? Niezrozumiałe? Nie, jeśli potraktujemy głosy na Trumpa jako krzyk rozpaczy narodu amerykańskiego, protest przeciw uciemiężeniu go przez poprawność polityczną, ideologię gender, zblatowanych polityków wszystkich partii pod dyktando wpływowych mniejszości.  Pod tym względem USA nie są wyjątkiem. Podobny krzyk rozpaczy  (silniejszy bądź słabszy) dojrzewa w piersiach większości społeczeństw składających się na świat Zachodu. Ale co się takiego stało? Ano demokracja totalnie nawaliła – media, wielkie, ponadpaństwowe koncerny
     
36%
pozostało do przeczytania: 64%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze