Modlitwa konkwistadora

Dodano: 01/06/2016 - Numer 6 (124)/2016

Idący przed kapitanem wyprawy indiański chłopiec trzyma go za rękę. Jest podniecony. Chce iść szybciej, ale biali przybysze nie są w stanie. Co pewien czas zatem przystają i czekają na resztę. Co rusz ktoś ogląda się za siebie, bo oto usłyszał jakiś syk. Patrzą uważnie pod nogi. Nikt nie chce nastąpić na schowanego pod konarem bądź kamieniem węża czy jadowitego pająka. W Jerez de la Frontera widać już pierwsze promienie słońca. Wędrują nieśmiało wpierw po czerwonych dachówkach okolicznych domów, przez wciąż opustoszałe jasnoczerwone place, by wreszcie dosięgnąć kopuły katedry Nuestro Señor San Salvador. Pora przywitać dzień. W położonej 100 km na północny zachód od Gibraltaru andaluzyjskiej mieścinie nie jest jeszcze gwarno. Z czasem jednak daje się słyszeć pierwsze oznaki poranka. Osiodłane konie na Plaza del Arenal niecierpliwym prychaniem dają znać swoim panom, że są już gotowe do jazdy. Eleganckie kobiety schodzą powoli z pięknych komnat do podstawionych pod schodami karet. Na rynku powoli pojawiają się pierwsi rybacy, którzy zakończyli już nocne połowy na oceanie i po pokonaniu 20 km przybyli do miasta spróbować szczęścia na targu. Delikatne poruszenia liści stojących pojedynczo na placach palem zwiastują, że dzisiejsza bryza znad morza niesie nadzieję na miłą ochłodę w ten upalny dzień. Z czasem cienie palem stają się coraz krótsze. Przynoszący ulgę chłód przechodnie znajdują już tylko w pobliżu kamiennych warownych wież. Tam słońce nie dojdzie. Leniwi
     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze