Koczownicy od Czadów

Na niezwykłej ziemi żyją zazwyczaj niezwykli ludzie. Niebanalni. Zadziorni. Z charakterem. Z dobrą duszą. Z prawdziwą wolnością. Ale i nader często z rogatą naturą. Tutaj, w bieszczadzkim worku, z dala od wszystkiego, czym żyje Polska, można dziś ich spotkać chyba w największej liczbie. Tutaj, na południowo-wschodnich rubieżach kraju. Na polskim Dzikim Zachodzie. Gdzie człowiek po prostu fizycznie nie ma kiedy zająć się problemami, którymi na co dzień żyje Warszawa.

– Mówią, że przy wycince lasu siepał siekierą jak mało kto.
– Ano mówią…
­– I że potrzebował do tego dopingu…
– Ano potrzebował. Przecie to wiadomo. Był czas, że wódka była jego kochanką. Chlebem powszednim.
– Ale też mówią, że odmówił roboty przy burzeniu drewnianej cerkwi w Lesku.
– Ano odmówił…
– To szacunek dla chłopa…
– Przyjacielu, słuchaj mnie no teraz. Żebyśmy się zrozumieli. Może i pił, może i traktował tych, z którymi się nie zgadzał, jak śmieci… Ale swoje wartości wyznawał. To był dobry człowiek.
– I mówią, że przez tę odmowę stracił zupełnie jakiekolwiek perspektywy zatrudnienia w Bieszczadach.
– Bo stracił…
Takie rozmówki przy drewnianych stołach pod bieszczadzkimi knajpami można usłyszeć do dziś. Trzech, czterech ludzi, czasem więcej. Z czerwonymi policzkami, długimi brodami. Zmęczonymi oczami i mądrym spojrzeniem. Maczający usta w kuflu piwa. Część w szklance herbaty. Grzejący się na słońcu. Zimą zaś przy kaflowym piecu. Raz na jakiś czas jeden wstanie, by dołożyć do ognia. Rozmawiają o nim, bo część całkiem dobrze go jeszcze pamięta. Był tu przecież znowu nie tak dawno. Do wiosny 2006 r.
W swojej książce „Zakapiory bieszczadzkie” Andrzej Potocki pisze o nim, że „od lutego do maja zbierał zrzuty jelenich poroży, od maja łapał pstrągi w potokach, w lecie zbierał jagody, w sierpniu i wrześniu grzyby, na zimę najmował się do roboty w lesie. Wtedy dostawał ciepły kąt w baraku lub hotelu robotniczym...
[pozostało do przeczytania 89% tekstu]
Dostęp do artykułów: