Kwestia smaku

Ze starej anegdoty żydowskiej: gość zwraca się do swego znajomego z pytaniem, jak jest. „Tak jednym słowem? Dobrze” – odpowiada ów. „A w dwóch słowach?”. „Niedobrze!” Podobnie jest z Lechem Wałęsą. Głównymi uczuciami, jakie nam dziś towarzyszą, są wstyd i niesmak. Może gdybyśmy nie przeżyli owego fatalnego zauroczenia w sierpniu 1980 r., nie trzymali za niego kciuków w trakcie internowania, nie głosowali z wiarą w siekierkę i przełom w 1990 r., i z zaciśniętymi z rozpaczy zębami w 1995 r., byłoby inaczej? Czy zakochaliśmy się w Lechu W., nie mając pojęcia, że to TW „Bolek”, czy raczej w jego legendzie, projekcie własnych skażonych socjalizmem marzeń o dobrym robotniku, światłym, bogobojnym, odważnym, a nade wszystko prawym? Miłość impregnuje, toteż kiedy najpierw sporadycznie, potem coraz częściej pojawiały się dysonanse w tej symfonii zachwytu, interpretowaliśmy to na korzyść bohatera. Kiedy po pierwszym spotkaniu z przewodniczącym Mieczysław Rakowski ocenił go jako „cwanego, pospolitego żulika”, zagotowaliśmy się z wściekłości, wykreślając „Politykę” i jej redaktora z listy naszych lektur. Wydawało się oczywiste, że „rozmowa z bratem” została spreparowana, list podpisany „kapral Wałęsa” to kpina z junty, a pogłoski o jego uwikłaniu w tajną współpracę to fałszywki samej ubecji, pragnącej nas podzielić i rozbić. Piotr Wierzbicki w ferworze kampanii popełnił w 1990 r. panegiryk na cześć Wałęsy, ale pytany po paru latach, już kiedy znalazł się po stronie
     
33%
pozostało do przeczytania: 67%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze