Papuaska historia ocalenia

Ta historia wydarzyła się naprawdę. A słowa te pisze człowiek, który sam był jej świadkiem. I dziś chciałbym Państwu o tym opowiedzieć. Będzie to historia, w której chrześcijański cud spotyka się z najczarniejszą stroną ludzkiej natury. A wszystko to umocowane będzie w atmosferze rzeczywistości jako żywo wyjętej z epoki kamienia łupanego...  Ujęcie pierwsze. Daleko od ojczystego domu. Okolice 1450E długości i 50S szerokości geograficznej. Egzotyczne antypody. Z lotu ptaka widać już zarysy lądu. Oblanego z czterech stron morzem. Lądu uważanego za drugą co do wielkości wyspę świata. W przeszłości jej kształt do znudzenia porównywano do jakiegoś zwierzęcia rodem z półkuli południowej. Zachodni kraniec najczęściej identyfikowano z głową ptaka. W wąskim przesmyku oddzielającym ową głowę od reszty wyspy widziano szyję strusia bądź indyka. Wschód zaś miał wedle tej animalistycznej teorii wieńczyć ogon pancernika. To nieznany ląd. Wystawiając poza nawias niedostępne obszary Amazonii czy terenów polarnych, teraz najmniej znany białemu człowiekowi XXI wieku. Tu nadal jest inaczej, dziewiczo. Kilka tysięcy plemion wciąż żyje po swojemu. W odrębności. W enklawie. Ta wyspa, którą widzimy, to Papua Nowa Gwinea. Ujęcie drugie. Jesteśmy już nieco bliżej. To najniższy pułap chmur. Zaraz się skończą. Jeszcze chwilka i zobaczymy wszystko... I oto są! Zielone pagóry. Gęsto porośnięte wiecznie zielonym lasem tropikalnym. Rzadko który schodzi do poziomu nizin. Powoli biegnący w
     
8%
pozostało do przeczytania: 92%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze