Chochoł, kumpel Himilsbacha

Kiedy jedna z ciotek zapytała aktora Zdzisława Maklakiewicza, co właściwie robią aktorzy w teatrze, zaczął tłumaczyć, że przychodzi się na dziesiątą rano, od razu piwo, a o dwunastej na przerwie wódka, potem towarzystwo się rozbiera do gołej d… i wiadomo, stosunki seksualne, dalsze pijaństwo do osiemnastej. Potem przedstawienie do dwudziestej drugiej i abarot – seks i wóda. Potem rano do domu, prysznic, na dziesiątą do teatru i od razu piwo. Przerażona rozmówczyni zapytała: „Dziecko drogie! I tak przez cały tydzień?” Na co Maklakiewicz: „Nie, no co też ciocia –  poniedziałki mamy wolne”.

Powyższą anegdotę opowiadał wielokrotnie sam Maklakiewicz, a przytaczają ją różni jego znajomi we wspomnieniowym filmie poświęconym aktorowi, wyreżyserowanym przez Łukasza Kosa. Chociaż oczywiście życie aktorów w czasach PRL-u nie wyglądało aż tak barwnie, to nie należy wykluczać, że Maklakiewicz takim radosnym opisem faktycznie uraczył jedną ze swoich ciotek. Zapewne wynikało to z niechęci do wszelkich form snobizmu i konwenansów, bo tych Maklakiewicz serdecznie nie cierpiał i wraz z Janem Himilsbachem – z którym przez większość historyków zajmujących się życiem kulturalnym PRL są opisywani jako duet – wielokrotnie bulwersował opinię publiczną. O ile jednak Himilsbach był kamieniarzem, chłopakiem z szemranej rodziny i z „nieciekawym” życiorysem, u którego objawił się talent literacki i który korzystając z tego, że „pijanemu wolno więcej”, wygłaszał gorzkie prawdy, o tyle Maklakiewicz wywodził się z zupełnie innego świata. Co sprawiło, że pod koniec życia najlepiej czuł się właśnie z Himilsbachem?
Abnegat w rodzie muzyków
Zdzisław Maklakiewicz przyszedł na świat 9 lipca 1927 r. Jego ojciec Ładysław był ekonomistą, zaś matka Czesława, z domu Normark, zajmowała się przede wszystkim domem. Sam ród Maklakiewiczów jest szczególny, większość jego przedstawicieli to muzycy. Jak podaje Gabriel Michalik, autor książki „Wniebowzięty. Rzecz o ...
[pozostało do przeczytania 90% tekstu]
Dostęp do artykułów: