Patrząc jeszcze dalej

Po wyborczym triumfie Andrzeja Dudy wśród zrozumiałych wyrazów euforii i nazbyt śmiałych przewidywań odezwały się także trzeźwe głosy. To zwycięstwo to dopiero pierwszy etap „dobrej zmiany” (żeby posłużyć się kampanijnym hasłem nowego prezydenta). Po jednych wyborach natychmiast zaczynają się przygotowania do następnych. Dopiero kształt przyszłego parlamentu zadecyduje o możliwości naprawy Rzeczypospolitej.

Nie będzie lekko – establishment zmobilizuje wszystkie dostępne sobie środki w walce o fotele sejmowe, a pstry wachlarz nowych formacji politycznych, równie tych antysystemowych, jak łódek ratunkowych PO, może przynieść dezorientację elektoratu i tym samym zbawienną korzyść władzom Trzeciej Rzeczypospolitej. Chociaż przegrana rządzącej partii wydaje się raczej przesądzona, nie jest pewne prawdziwe zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości. Bo prawdziwe zwycięstwo to co najmniej utworzenie stabilnej koalicji rzeczywistych, fundamentalnych przemian.
Pochwała przezorności
Podzielam w znacznej części tę optykę – nie jako punkt widzenia sceptyków, lecz jako stanowisko ludzi czynu, którzy nie poprzestają na częściowych przewagach, lecz patrzą na swój sukces chłodnym okiem z perspektywy dalekosiężnych celów. Na pewno nie warto współmyśleć z tymi politykami czy komentatorami, którzy od 24 maja zajmują się dzieleniem skóry na żywym niedźwiedziu lub z rozbawieniem obserwują igrzysko domniemanego, jakoby ostatecznego, rozkładu PO: partii podziału łupów, partii oligarchów, partii kasty. O wiele praktyczniejsze jest założenie, że i tym razem (podobnie jak to było w PRL) zasiedziała władza ma scenariusze kryzysowe wybiegające o krok, dwa kroki przed aktualną sytuację i że przegrupuje się w porę, jak też ponownie przybierze barwy ochronne, które będą miały oszukać rozczarowanych, lecz mniej przenikliwych wyborców. Bez najmniejszych wahań ustępujący prezydent wraz ze schyłkowym parlamentem rozbudowuje zespół środków, ustawowych i kadrowych,...
[pozostało do przeczytania 85% tekstu]
Dostęp do artykułów: