Smutne rury nie częstują papierosami

Dodano: 27/02/2015 - Numer 2 (108)/2015

Pewnego letniego dnia na początku lat 80. młoda dziewczyna szła do kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej w warszawskiej dzielnicy Powiśle. W okolicy szwendał się lekko podchmielony Jan Himilsbach z owczarkiem niemieckim. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. – Pomódl się za mnie i za tego psa – wrzasnął na jej widok. A kiedy powiedziała, że się pomodli, dodał jeszcze „Fest dziewucha!”. Nie jest to może najzabawniejsza anegdota dotycząca Jana Himilsbacha, aktora amatora, pisarza, kamieniarza, pijaka i człowieka, którego sylwetka była nieodłącznym elementem kolorytu stolicy Polski w czasach PRL-u, nie sądzę też, by była szeroko znana. Ale ręczę, że jest prawdziwa – dziewczyną, która zadeklarowała się, że pomodli się za Himilsbacha i jego psa, była moja mama. Himilsbach wrósł bardzo mocno w bliską mi okolicę, ostatnie 25 lat swojego życia mieszkał na mojej ulicy – na Górnośląskiej. Urodziłam się zbyt późno, by poznać go osobiście, lecz poznałam jego opiekuńczego anioła, Basię Himilsbachową. Wielokrotnie obiecywałam sobie, że zaproponuję jej wywiad. Nie zdążyłam. A szkoda, bo może wyjaśniłaby kilka zagadek dotyczących życiorysu męża. Z żoną Himilsbacha rozmawiała na szczęście Anna Poppek, autorka biografii Jana Himilsbacha, zatytułowanej „Rejs na krzywy ryj, czyli Jan Himilsbach i jego czasy”. Książka okazała się nieocenioną pomocą przy pisaniu niniejszego tekstu. Poppek miała zadanie niełatwe, ponieważ w życiu Himilsbacha niepewne jest wszystko,
     
7%
pozostało do przeczytania: 93%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze