Wielki Kanalizator

Sytuacja, że młodzież mogłaby się poczuć naprawdę obywatelami, zająć polityką i aktywną działalnością na rzecz własnego kraju, spędzała sen z powiek resortowym ojcom i ich dzieciom. Natomiast pozór ubawu i namiastka wspólnoty, jakie dawał Przystanek Woodstock, a jednocześnie aktywność charytatywna Orkiestry były doskonałym dorocznym spuszczaniem pary.

„Nic tak nie wzbogaca człowieka jak działalność charytatywna...Oczywiście duchowo” – mówiła przed laty w moim kabarecie Joanna Jeżewska, parodiująca prezydentową Kwaśniewską. Salwy śmiechu miała zapewnione. Dziś ten sam tekst mógłby powiedzieć muppet przebrany za Owsiaka albo i on sam. Od wieków dobroczynność miewała swoje jasne i ciemne strony. Wielcy grzesznicy w akcie ekspiacji budowali kościoły i fundowali klasztory, a bezlitośni wyzyskiwacze u kresu swej drogi życiowej tworzyli fundacje, żeby ujść cało, jeśli nie przed karząca ręką Stwórcy, to przynajmniej urzędu podatkowego.
Oczywiście drobna i anonimowa dobroczynność jest cnotą godną wszelkich pochwał. Jest w społeczeństwie wielki kapitał ofiarności, czego dowodem były, nawet w PRL-u, zbiórki na Zamek Królewski czy Pomnik Powstania Warszawskiego.
Czemu więc czepiam się wspomnianego Owsiaka, który raz w roku wyzwala aktywność młodzieży przy okazji Wielkiej Orkiestry (i dodajmy – przez resztę roku nieźle z tego żyje)?
Dla mnie najważniejsza jest niewiarygodność głównego dyrygenta. Już w PRL-u kwestia, jak zagarnąć młodzież, jawiła się prawdziwą kwadraturą koła. Bywały pomysły lepsze i głupsze, najlepszym był III Program jako kulturowy wentyl, który, dzięki Bogu, posłużył celom odwrotnym do zamierzonych. Rozbudził młodzież, zamiast ją ogłupić. W latach 80. udało się lepiej, ponieważ służby zorientowały się, że zamiast walczyć z buntem, należy go przejąć. Pod pozorami sprzeciwu sprawić, żeby kontrkultura prowadziła w pole, a nie na barykady. Chińskie ręczniki były bezpieczniejsze niż krasnoludki Pomarańczowej...
[pozostało do przeczytania 38% tekstu]
Dostęp do artykułów: