Samobójstwo, którego nie było

W czasach, kiedy on i jego żona nie mieli zbyt wiele pieniędzy, poeta Andrzej Bursa wsławił się wymyślaniem oryginalnych sposobów zarobkowania – chciał m.in. zbierać wełnę, którą na wiosnę gubią lamy w krakowskim zoo, czy założyć w mieszkaniu hodowlę królików. Bursa urodził się 21 marca 1932 r. na krakowskich Dębnikach. Jak podaje Jarosław Jakubowski w artykule zamieszczonym w „Gościu Niedzielnym” w 2007 r., ojciec poety Feliks ukończył na Uniwersytecie Jagiellońskim filologię polską i historię. Miał także wykształcenie pedagogiczne, po wojnie pracował jako wizytator kuratorium. Z kolei jego ojciec, a dziadek Andrzeja, był urzędnikiem. Matka, Maria Kopycińska, także była polonistką, ponadto absolwentką filologii romańskiej. Babciu, widziałem pobojowisko Spokojne życie Bursów zostało przecięte – podobnie jak życie tysięcy polskich rodzin – wkroczeniem Niemców na tereny Rzeczypospolitej Polskiej. Ludwika Szemioth-Bursa wspominała w rozmowie z „Dziennikiem Polskim”, że w jej mężu bardzo mocno utkwiło wspomnienie z pierwszych dni okupacji. Kiedy Niemcy przekroczyli polską granicę, siedmioletni Andrzej wraz z rodzicami uciekał na wschód. Potem – 17 września – nasz kraj został zdradziecko zaatakowany przez Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Bursowie więc zawrócili. „Strasznie umęczeni, zawszeni. Widzieli te wszystkie trupy po drodze. Andrzej poleciał do babci i powiedział: babciu, ja widziałem pobojowisko. Ale takie prawdziwe. Zabitych ludzi, zabite
     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze