Anioły z Capillas de Mármol

Dziś nie będzie o Indianach. Nie będzie też o jerozolimskim cudzie. Ani o smucie seksturystycznego biznesu Azji Południowo-Wschodniej. Nie będzie o ludziach. Nie będzie o zwyczajach ani o ceremoniałach. Dziś będziemy odpoczywać. Wyjedziemy daleko. Gdzie nie ma nikogo. Takich miejsc jest wprawdzie bez liku, ale dziś chcę Państwa zaprosić do jednego z najbardziej wyjątkowych. Zabrzmi próżniaczo? Trudno. Widzę zjawisko, więc opisuję. W czym rzecz? Otóż, stojąc raz na jakiś czas na Targach Książki, bywa, że obserwuję nieco z oddalenia reakcje czytelników przeglądających moją książkę. Zwłaszcza lustrujących zdjęcia. Od tego zaczynają praktycznie wszyscy. – O, popatrz. Jak u Cejrowskiego… – komentują okładkę z charakterystycznymi szlaczkami. By po chwili zacząć przeglądać fotografie. To akurat idzie najszybciej. Cztery na pięć osób z reguły zatrzymuje się w okolicach strony setnej. Tam się zaczyna. – Widziałaś? – O rety! Gdzie to? – Popatrz no tylko… Uwielbiam to podglądać. Wzajemne poszturchiwania, chwila pauzy w kartkowaniu książki. Niezwykłe, że zdarza się to tyle razy. Uśmiecham się wówczas do siebie, utwierdzając się w przekonaniu, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Jak Bóg to pięknie wszystko wymyślił. Są bowiem miejsca, wzorce krajobrazów, które ujmą każdego bez wyjątku. Paleta piękna. Pejzaż, który porusza. – Gdzie to jest? – pada wreszcie. – W Chile, szanowna Pani, w Chile. A właściwie to na granicy. Pomiędzy Chile a Argentyną. Prościej niż pod
     
9%
pozostało do przeczytania: 91%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze