Bohaterowie moich lektur

Od chwili, kiedy opanowałem sztukę czytania, bohaterowie bez wad, zwątpień, wyciosani z jednego kawałka marmuru byli dla mnie niewiarygodni. Z czterech muszkieterów d’Artagnan wydawał mi się zawsze narwanym głupkiem, Atos był zbyt posągowy, Portos prymitywny. Toteż w zabawach podwórkowych najbardziej ceniłem Aramisa, z jego hedonizmem, pokrętnym stosunkiem do zasad moralnych – a przecież skutecznego i wiernego przyjaciołom. Już w dzieciństwie serdecznie znielubiłem Tomka Wilmowskiego. Był na mój gust zbyt idealny, zbyt papierowy – bo i odważny, supersprawny fizycznie, inteligentny, przystojny, wierny, dobrze wychowany, bez jednej choćby skazy. Już jako nastolatek wiedziałem, że takich ludzi nie ma, poza tym opowieści o odległych lądach znałem z autentycznych reportaży lub książek popularnonaukowych, a nie z nieudolnych przepisywanek. Z podobnych względów nie polubiłem Jamesa Bonda – mimo że kibicowałem jego wojenkom z Imperium Zła – był zbyt doskonały, wyposażony w cudowne gadżety i w dodatku nieśmiertelny. Jak się o takiego bohatera bać, jak z nim współprzeżywać, kiedy wszystko rozgrywa się na niby? Zrozumieli to wreszcie twórcy filmów i ostatni Bond, w postać którego wcielił się Daniel Craig, jest na tle poprzedników najbardziej prawdopodobny, a więc ludzki. Najwspanialsze diamenty to te, które mają drobną, prawie niedostrzegalną skazę. Rozumiał to nasz arcymistrz Henryk Sienkiewicz, choć i jego czasem korciło, by stworzyć model bohatera pozytywnego, ale
     
32%
pozostało do przeczytania: 68%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze