Latynoski karnawał czas zacząć!

Tańczą wszyscy. Starzy i młodzi. Indianie i gringos. Dziewczyny i chłopaki. Mój bezzębny przyjaciel porywa do tańca co chwilę inną partnerkę. Muszę przyznać, że obserwacja tego człowieka sprawia mi wielką przyjemność. Od pewnego czasu dzierży nawet flagę. Po dwóch godzinach jest już tak „zmęczony”, że ledwo utrzymuje ów sztandar w rękach. Ale przecież to macho. Macha więc twardo. Dziś ocean jakby spokojniejszy. Łagodny przybój delikatnie wymywa piaszczysty brzeg. W iście miarowym tempie… To zalewa, to znów odsłania jasnobeżową plażę. I oni. Główni bohaterowie spektaklu. Zgromadzeni wokoło siebie. Wszyscy ubrani na biało. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Młodsi i starsi. Idą zgodnie w szpalerze. Nieco bałaganiarskim, rozwleczonym. Najwięcej rumoru zdaje się dochodzić z czoła pochodu. Tutaj największą uwagę obserwatorów zwraca ta najgłośniej zawodząca. Wypowiadająca niezrozumiałe słowa. Jakby zaklęcia. Za nią barczysty mężczyzna oraz ubrana, podobnie jak wszyscy zgromadzeni, w białą suknię kobieta. Niesie na głowie gliniany kosz. Z tej perspektywy widać tylko wystające liście oraz płatki kwiatów. Są coraz bliżej oceanu. Miejsca, do którego zmierzają. W którym według ich wiary mieszkać ma Yemanji, pogańska bogini morza. Kobieta zdejmuje koszyk z głowy. Dopiero teraz widać, co jest w środku. Oprócz kwiatów dostrzec można jeszcze flakoniki z perfumami, biżuterię, jakiś grzebień, lusterko. Idący obok niej mężczyzna zdejmuje koszulę i prezentując zebranym na
     
10%
pozostało do przeczytania: 90%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze