Bunt? Nie wierzę

Pamiętam, gdy pierwszy raz w życiu byłem na demonstracji z udziałem… miliona ludzi! Na tyle bowiem szacowano manifestację w Rzymie w 1999 r., gdy w stolicy Włoch zebrali się sympatycy prawicy z całej Italii, aby tam protestować przeciwko polityce rządu pierwszego premiera-komunisty w dziejach tego państwa Massimo D’Alemy. Jeśli nawet, skłonni do przesady mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego przeszacowali i było nie milion, a, powiedzmy, 800 tys. osób – to i tak jest to liczba imponująca. Ale tak liczne demonstracje to w Italii – być może ze względu na temperamenty polityczne jej córek i synów − rzecz normalna. Ale przecież podobnie, gdy chodzi o liczebność demonstracji, dzieje się w całej Europie Południowej. Zgromadzić 100 tys. osób w sprawach socjalno-ekonomicznych to na ulicach Aten, Lizbony, Madrytu, Rzymu czy Paryża żadna sztuka. Szast, prast i Grecy, Portugalczycy, Hiszpanie, Francuzi i Włosi wylegają na ulicę, traktując to jako rzecz całkowicie naturalną i zupełnie oczywisty oręż w walce politycznej. Pod tym względem Polska należy – nie od zawsze, ale na pewno od III RP − do Europy Północnej. Narody Północy są znacznie bardziej powściągliwe, rzadziej ulegają zbiorowym emocjom, a ulica to dla nich szlak komunikacyjny, ewentualnie niedzielny deptak, a nie miejsce rozstrzygania politycznych sporów, obalania rządu czy jego podtrzymywania. Oczywiście z nami jest tak nie od zawsze, bo kilkusettysięczny tłum w czasie odwilży 1956 r., słuchający wcześniej uwolnionego z więzienia
     
44%
pozostało do przeczytania: 56%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze