W najszpetniejszym mieście Europy

Miejskie safari po Charleroi, miejscu uważanym za najbrzydsze miasto Europy, odnosi trudny do wytłumaczenia sukces. Do Belgii codziennie przybywają zagraniczni goście kuszeni wizją zobaczenia najbardziej depresyjnej ulicy świata, opuszczonych stacji metra widmo czy straszących pofabrycznych baraków. Bo, jak sami twierdzą, szpetota fascynuje, szpetota przyciąga.   Nie wygląda na smutasa. Może faktycznie nie jest wesołkiem zagadującym co drugiego pasażera, ale na pewno nie jest smutasem. Pod terminal podjechał punktualnie. Ledwo widoczny uśmiech na powitanie.   – Czy kupię u pana bilet? – pytam po angielsku, zapominając zupełnie, że to przecież francuskojęzyczny rewir Belgii.   – Yyeee? – tak, pan ewidentnie nie zrozumiał.   – Bilet? Ticket? Billete? – ratuję się możliwie znanymi językami. Moja znajdomość francuskiego kończy się na słynnym bonjour. W skrajnych przypadkach wydukam z siebie jeszcze coś na kształt merci. Ale biletu mu nie wytłumaczę. Nie ma szans.   – Aaaa... Là. Dans la machine! – pan chyba zrozumiał, w czym rzecz, i energicznym gestem wskazuje mi stojący nieopodal automat do biletów.  „Charleroi to idealne miejsce dla ludzi pogrążonych w depresji” – reklamuje pobyt w swoim mieście artysta Nicolas Buissart No tak. Że też sam go nie spostrzegłem. Ech... W maszynie już znają angielski, więc kupno jednorazowego normalnego za 3 euro nie powinno stanowić wielkiego problemu. Bilet szybciutko się drukuje i mogę triumfalnie wejść na pokład
     
5%
pozostało do przeczytania: 95%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze