Tyrmanda zadziwia Ameryka

Tyrmand zjadł obiad w Bostonie. Smakował lokalność tej kuchni. I dziwił się, że Amerykanie tak ciągną do Europy, by smakować tamtejsze jedzenie. Na przyjęciach rozmawiał z Jankesami o możliwych scenariuszach inwazji sowieckiej. Dziwił się widokowi Murzyna policjanta. W Europie prześladowanym mniejszościom nie daje się przecież do ręki broni. Taki to Tyrmand zadziwiony, zachwycony i zmartwiony Ameryką. „Dziennik amerykański” i „Z notatnika dyletanta” to amerykańska część tomu „Zapiski dyletanta” (jest tam też znakomita część o Izraelu). Dyletanta, bo Tyrmand nie chce udawać znawcy. Choć napisał książkę o jazzie i amerykańskiej kulturze, stara się nie zgasić w sobie tego poczciwego i nienaruszonego niczym zdziwienia. Jakby spotkał się z Ameryką po raz pierwszy. Zdziwienie napędza tę literaturę i czyni ją autentyczną. Bez pozy i udawania, po tyrmandowsku, po prostu. „Nigdzie nie jest napisane, że dyletant nie ma nic do powiedzenia”, pisze w swojej apologii dyletanctwa. Kiedy Leopold Tyrmand wyjechał do Ameryki, postanowił dokładnie notować wrażenia. Wpisał się tym samym w długą tradycję polskiego obserwowania Ameryki. Jak Francuzi mieli swojego markiza de Custine’a, który zwiedził Rosję, opisał ją i pobudził wyobraźnię rodaków, tak Polacy mają swoich licznych Sienkiewiczów, Kijowskich i Tyrmandów, którzy opisują Amerykę, jakby zwiedzali kraj egzotyczny. Zawsze z poczuciem pewnej wyższości, z drugiej strony, okazując wiele zazdrości dla kultury tubylców. Tyrmand był tu
     
45%
pozostało do przeczytania: 55%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze