Metafizyczny kryzys Steinbecka

„Słuchaliśmy miejscowego radia wszędzie w kraju. I poza paroma relacjami z meczów futbolowych strawa umysłowa była równie ujednolicona, paczkowana i nijaka jak pożywienie”.

John Steinbeck miał ponad 50 lat i najlepszy okres pisarski już za sobą, kiedy postanowił coś ze sobą zrobić. „Coś ze sobą zrobić” jest szczególną frazą, w której zamykamy intencję poszukania bodźca, który wyrwie nas z marazmu. Co kilka lat dopada człowieka przecież taki kryzys, z którego wyrwać się może tylko, jeśli „coś się ze sobą zrobi”. Można wtedy zacząć pić albo słuchać reggae. Ale można też, jak Steinbeck, zapakować psa do samochodu i wyruszyć w podróż.
Kryzys Steinbecka, tego choćby od „Na wschód od Edenu”, nie był jednak zwykłym kryzysem wieku średniego ani przejściową chandrą. Był to kryzys jak najbardziej poważny i jeśli chcemy tę powagę uwydatnić, używamy zwykle słowa „metafizyczny”. Więc Steinbeck przechodził kryzys metafizyczny. Jego książki nie odnosiły już sukcesów nie tyle dlatego, że autor się wyczerpał i wypisał z tego, co miał do powiedzenia, ani dlatego, że pieniądze tak bardzo uderzyły mu do głowy, że nie musiał już się starać. Otóż nie.

Kryzys Steinbecka był metafizyczny, bo miał swoje źródło w poczuciu oderwania od Ameryki. Poczucie to było jak najbardziej uzasadnione. Zresztą jedno i drugie słowo, metafizyka i poczucie, kierują nas ku światu. W jednym i drugim chodzi o odzyskanie intymnego i niezapośredniczonego wglądu w to, jak się rzeczy mają. Więc Steinbeck, pisarz lewicujący, starający się dotknąć Ameryki, taką, jaką była, choćby w „Gronach gniewu”, albo opisujący dotknięcie własnego kraju w jego bezkresności (genialny „Kasztanek”), czuł teraz, że dotyka Ameryki jakiejś fałszywej i wyizolowanej, Ameryki celebryckiej i papierowej, bo taka jest zawsze rzeczywistość, gdy zostanie zredukowana do kolejnych wynurzeń kolegów po piórze, więc ten Steinbeck odrzuca na jakiś czas Amerykę celebrytów i pisarzy. Kupuje sobie...
[pozostało do przeczytania 41% tekstu]
Dostęp do artykułów: