Antoni Macierewicz o ujawnionym przez „NP” dokumencie

Kilometr usłany szczątkami

Relacja ta stanowi zapewne pierwszy znany opis najbardziej tajemniczej części terenu katastrofy, tego, który leży między szosą Kutuzowa a radiolatarnią bliższą. To niesłychanie istotne, gdyż dotychczas tworzono wrażenie, jakby miejsce katastrofy ograniczało się do obszaru między drogą Kutuzowa a murem oddzielającym polanę tragedii od lotniska. To dzięki takiemu zafałszowaniu można było twierdzić, że samolot rozbił się „na niewielkiej przestrzeni”, a więc katastrofa była z pewnością wynikiem uderzenia w ziemię. Materiał dziś publikowany pokazuje, że samolot rozpadał się na przestrzeni ponad kilometra, a pierwsze odłamki upadły na ziemię około 200 metrów przed miejscem,  gdzie o ziemię uderzyło skrzydło. Tu warto przypomnieć, że według ekspertyzy ATM zamówionej przez prokuraturę skrzydło oderwało się od samolotu mniej więcej 1,5 sekundy, czyli ok. 115 metrów, po przeleceniu nad miejscem, gdzie rosnąć miała „pancerna” brzoza. Biorąc zaś pod uwagę miejsce, w którym je znaleziono (około 120 metrów za brzozą), znaczyłoby, że spadało nieomal prostopadle w dół (być może ta faktografia jest tak niewygodna dla wersji Millera, że prokurator płk Rzepa zapomniał o ekspertyzie ATM w swym ostatnim oświadczeniu, mającym pokazać osiągnięcia prokuratury).

Blachy uderzające w drzewa

Czytelnika karmionego millerowską wersją wydarzeń musi szokować liczba odnalezionych szczątków samolotu. Relacjonujący natykają się na nie prawie co krok i możemy dokładnie wyobrazić sobie, jak gęsto teren był usiany większymi i bardzo drobnymi częściami rozpadającego się samolotu. Co więcej, od samolotu odrywały się nie tylko poszczególne fragmenty mechanizmów, lecz także całe blachy stanowiące poszycie
Tu-154. Niektóre z tych fragmentów wystrzelone z wielką siłą upadały na ziemię, inne trafiały w drzewa, obcinając gałęzie i konary, a nawet tnąc je na odłamki upadające na dachy, na szosę i na ziemię....
[pozostało do przeczytania 61% tekstu]
Dostęp do artykułów: