Udział w zbrodni po zbrodni

Dodatkową pokusą, by „się włączyć”, było dla mnie i to, że paru kolegów ze Śląska przyjechało „robić reformy” do Warszawy, że obiecywali naprawienie krzywd, a to znaczyło pracę, prestiż, mieszkanie w Warszawie. A nie miałem nawet meldunku… Moje życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej… A jednak.

Od partii odstraszyła mnie nie jedna, lecz kilka rzeczy. Najpierw to, że lekkomyślnie poszedłem na zebranie otwarte PZPR w Instytucie Nauk Humanistycznych. To nie był wiec młodych reformatorów, to był sabat starych czarownic, które na partyjne zebrania przylatywały na miotłach… Ponieważ nadal się wahałem – los podsunął mi pod oczy plakat o wieczorze poezji powstańczej, który prowadzić miał – nieznany mi wówczas – Andrzej Szomański. Poszedłem. Po imprezie – dyskusja, oczywiście nie tyle o poezji, ile o polityce. Takie czasy. Któryś z dyskutantów zaatakował Szomańskiego za to, że udziela się w PAX-ie, ktoś inny – za to, że do PAX-u się nie zapisał, a teraz właśnie zaczyna się odnowa, można pojednać się z „Miodową” i „Tygodnikiem Powszechnym”. I wtedy Andrzej odpowiedział argumentem, który do dziś tkwi mi w pamięci: – Bo nie zapisuje się „na dzisiaj”. PAX ma swoją historię i zapisując się niejako akceptujemy tę historię i podejmujemy zobowiązania na przyszłość. Na razie mam za dużo zastrzeżeń – dokończył.

Historii partii – jak większość Polaków – nie znałem. Ale przeleciały mi przez pamięć „specbrygady” Toruńczyka i oddziały pozorowane „Przepiórki” – miałbym zostać ich towarzyszem broni? W tej dyskusji po raz pierwszy usłyszałem też termin: „udział w zbrodni po zbrodni”. Chodziło o zacieranie śladów, mataczenie, paserstwo itp. Zapamiętałem je na całe życie. Ze wstąpienia do partii zrezygnowałem.

Krwawe źródła

Życie w PRL toczyło się dwoma nurtami: jawnym i niejawnym. Nad jawnym czuwała partia, nad tym drugim – zorganizowane przez komunistów specsłużby. O fasadowych „radach narodowych” i stowarzyszeniach...
[pozostało do przeczytania 93% tekstu]
Dostęp do artykułów: