Cmentarz na północy miasta

Wyspa, która przypłynęła

Zdania wynikają ze zdań, skutki z przyczyn jedynie w podręcznikach logiki. W życiu przyczyny i skutki chodzą stadami, dzieje ludzi zanurzone są w przeszłości jak bohaterowie obrazów – w tło. Czasem widać za nimi miasta, a czasem góry czy zaledwie hałdy.
Mnie dane były hałdy. Wychowywałem się na Śląsku, w Bytomiu, ale pośród lwowiaków. Jakby na wyspie.

Śląsk nauczył mnie solidności i punktualności, które mi do dzisiaj przeszkadzają. Kiedy wróciłem do Warszawy, ustawiałem się odruchowo na końcu przeróżnych kolejek, a potem stałem w nich jak głupi, wciąż na końcu – zamiast przepychać się łokciami do przodu. Usiłowałem także wsiadać do tramwaju tylnym wejściem, a wysiadać przodem, co rozregulowało – aż do dzisiaj – stołeczną komunikację.

Lwowiacy nauczyli mnie patrzeć w niebo (potrafili to robić godzinami), a kiedy smutno – śpiewać. A także szacunku dla dam (słynnego „całuję rączki”) i tego, że każda kobieta jest damą.

Lecz przede wszystkim: Śląsk i Lwów uczyły mnie różnych odmian patriotyzmu.

Ta śląska była bardziej pozytywistyczna, milcząca, niemal podziemna – ale na zasadzie „róbmy swoje”. Konrad Wallenrod był z pochodzenia Ślązakiem!

Ta lwowska swoją fantazją – z motyką na słońce – bardziej przypominała warszawską. Oba miasta bywały ratowane cudami z opresji – i w czasach najazdów tatarskich, i w czasach najazdu bolszewików – stąd podobieństwo. Na wycieczkach szkolnych, które organizował najczęściej nauczyciel biologii „Poldek”, śpiewaliśmy lwowskie piosenki. Najpierw szła smutna „W dzień deszczowy i ponury”, potem jeszcze smutniejsza „Ballada o Jurku Biczanie” – tak to wymawialiśmy, a dokładniej – o śmierci 14-letniego bohatera. Wtedy mówiono, że to pieśń autentyczna, stworzona i śpiewana przez ulice Lwowa, po latach dowiedziałem się, że na wzór autentycznej napisał ją Artur Oppman. Dziś zapomniany, jak zresztą i bohater jego ballady, i sam...
[pozostało do przeczytania 91% tekstu]
Dostęp do artykułów: