Chcę „zimnej wojny”!

Obama jak Chamberlain Pod prezydenturą Obamy okręt Białego Domu wziął kurs na swoisty appeasement. Nieprzypadkowo przytoczyłem termin używany przez historyków w kontekście brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina, który w 1939 r. uznał, że należy obłaskawić Niemcy Hitlera. Co wydarzyło się już po roku – wszyscy wiemy. Dziś politykę „uspokajania” stosuje tandem Barack Hussein Obama i Hillary Clinton. Czy z tym samym skutkiem? Im ściślejsza współpraca Moskwy i Waszyngtonu, tym dla Polski gorzej. Im większa współpraca rosyjsko-amerykańska w sprawie Bliskiego Wschodu, Iranu czy Afganistanu, tym bardziej Biały Dom będzie odwracać się plecami do naszego regionu Europy. Mówiąc otwartym tekstem: im więcej punktów spornych w relacjach Rosji ze Stanami Zjednoczonymi, tym większa szansa dla Rzeczypospolitej. Im bardziej Obama potrzebuje Kremla do rozwiązania, choćby czasowego, konfliktu izraelsko-palestyńskiego, im bardziej chce politycznie (choć ewentualnie także militarnie) spacyfikować Teheran, zapewniając sobie jednocześnie neutralność Federacji Rosyjskiej – tym bardziej amerykańskie władze będą ślepe i głuche na sprawy Czeczenii, Gruzji, Ukrainy i ekonomiczno-politycznej ekspansji Moskwy w krajach „nowej Unii”. To tak oczywiste, jak 2 + 2 = 4. Dlatego też, im więcej tarć, spornych interesów, płaszczyzn konfliktu w relacjach bilateralnych rosyjsko-amerykańskich, tym większa nadzieja na inne wydanie pax americana niż te, skrajnie minimalistyczne, którego
26%
pozostało do przeczytania: 74%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@www.panstwo.net

W tym numerze