Polski interes i zmienne sojusze

Dodano: 01/10/2008 - Numer 3 (371)/2008 NP
Poprzednie miesięczniki

Kolejne rządy – poza w pewnym stopniu okresem lat 1997–1999 – milcząco przyznawały, że Polska musi być petentem głównych państw UE i Waszyngtonu, bo „inaczej się nie da”. Uprawiano politykę bezalternatywną: kolejne ekipy były (z wyjątkiem wspomnianym już wyżej) wygodne dla naszych zachodnich partnerów, gdyż nie sprawiały kłopotów w negocjacjach – chwalono je więc w zagranicznych mediach, cytowanych następnie przez media polskie. Dziś od tej epoki dzielą nas lata świetlne. Rzeczpospolita zdała sobie sprawę ze swej potencjalnej siły. Jesteśmy szóstym pod względem demograficznym krajem UE, największym państwem „nowej Unii” i jednym z najmłodszych społeczeństw w Europie.Dewiza sprzed półtora wieku Brytyjski XIX-wieczny mąż stanu, lord Palmerston, mawiał, że Wielka Brytania nie ma stałych wrogów ani stałych przyjaciół, ma za to stałe interesy. Słowa Palmerstona częstokroć przytaczał Winston Churchill. Dewiza angielskich elit sprzed półtora wieku może, a nawet powinna, być mottem działania polskich elit u progu XXI wieku. UE to splot bardzo różnych interesów w wielu obszarach, polityka zmiennych sojuszy w zależności od sfery ekonomicznej czy politycznej. Jasne jest, że gdy chodzi o wspólną politykę rolną, to naturalnym sojusznikiem Polski będą inne państwa o podobnej strukturze gospodarczej: Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Grecja. Ale już w obszarze unijnych funduszy strukturalnych i pozyskiwania z nich dotacji sojusznicy „od rolnictwa” – relatywnie biedne
     
43%
pozostało do przeczytania: 57%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze