Jak zostałem recenzentem

Dodano: 01/12/2009 - Numer 11 (45)/2009

Pierwsza książka, którą wyciągnąłem, wydała się podpowiedzią ze strony Opatrzności. „Kiedy byłem recenzentem” Jana Parandowskiego to zbiór przedwojennych recenzji teatralnych wybitnego pisarza. A ponieważ powszechna opinia głosi, że przed wojną wszystko było lepsze, to domyślam się, że podobnie jest z recenzjami. Szukając więc wzorców, sięgam, po pierwsze, po te przedwojenne. Po drugie, wybieram je, bo nie pisał ich recenzent zawodowy. Parandowski był recenzentem przygodnym. Pisał, kiedy chciał i o czym chciał. Niczego nie musiał. „...ze światem teatralnym nie łączyły mnie żadne bliższe stosunki, wszystko, co by tu można było zaliczyć, należało do przygodnych i raczej powierzchownych znajomości”. Powierzchowność i przygodność nie uzależniają i chronią wolność. A skoro dobry recenzent jest niezależny, to najlepsi są ci, którzy nie żyją z tego fachu. W takiej bezinteresowności tkwi siła recenzenta. „Od roku nie byłem w teatrze” – pisze w jednym z tekstów. „Gdyby nie dramat Rostworowskiego, minęłoby prawdopodobnie jeszcze sporo czasu, zanim bym się odważył wypełnić parę godzin wieczoru tymi niedorzecznościami, którymi dzisiejszy teatr się zaprząta”. Szczęśliwy ten Parandowski i biedny zarazem. Szczęśliwy, bo nie musi. Nie ma fotela recenzenckiego, na którym powinien się stale pojawiać. Może sobie przez rok do teatru nie chodzić. Biedny zaś, bo recenzuje przedstawienia teatralne. Gdyby recenzował książki, mógłby, jak ja, brać na warsztat pozycje starsze. Nie pisałby chyba wtedy
     
49%
pozostało do przeczytania: 51%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze