Lustracja: Od Platona do Kurtyki

Pierwszy raz terminu lustracja w epoce nowożytnej użyto w państwie, które już nie istnieje: Czechosłowacji. Sformułował je szef MSW po „aksamitnej rewolucji”, Richard Sacher. Chodziło mu o prześwietlenie kandydatów w wyborach do obu izb parlamentu pod kątem ich wcześniejszej kolaboracji z komunistyczną policją polityczną. Szybko okazało się, że problem udziału byłych agentów w polityce, armii, kulturze czy kościołach istnieje praktycznie we wszystkich krajach dawnego bloku sowieckiego. I od Polski po Estonię, od Rumunii po byłą NRD, ludzie ci nie byli bynajmniej agentami-śpiochami, lecz czynnie kształtowali życie publiczne w swoich krajach, zawsze zresztą zdecydowanie występując przeciwko „szaleństwu lustracyjnemu”. I nie należy o tym pisać w czasie przeszłym dokonanym. Jeżeli jeszcze dziś 25 proc. (!) posłów partii Linke (mieszanka postkomunistów i radykalnej lewicy zachodnioniemieckiej) w parlamencie Brandenburgii to byli agenci STASI, a w tym NRD-owskim landzie jako jedynym w Niemczech nie ma pełnomocnika rządu ds. lustracji, to widać, że nie jest to sprawa miniona. Dodajmy, że tam akurat pogrobowcy STASI współrządzą, wraz z SPD. Ale przecież nie ma to wymiaru regionalnego, skoro w tym roku Bundestag przedłużył lustrację w RFN do 2016 r.! Nie dotyczy to wcale tylko polityki. Przekonali się o tym boleśnie Rumuni, gdy ostatnio ich największy Kościół – prawosławny – wybierał nowego patriarchę. Okazało się, że spośród 20 kandydatów… większość była współpracownikami rumuńskiej
     
36%
pozostało do przeczytania: 64%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze