Nieznany miliard

Struktura miliarda

Na ów miliard na „biedne kraje” składają się środki będące w dyspozycji trzech resortów: Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Resort Jacka Rostowskiego zajmuje się tylko przekazywaniem co roku naszej składki z tego tytułu, zarówno do Unii Europejskiej, jak i Banku Światowego. Potem pieniądze te, już anonimowe w sensie kraju, z którego wyszły, służą projektom rozwijanym pod flagą UE czy World Banku. Bywają one ostro krytykowane. Zarzuca się im, że często większą korzyść czerpią z nich elity niż społeczności lokalne będące formalnym adresatem tej pomocy. Inne oskarżenia dotyczą tolerowanej de facto korupcji przy realizacji tych projektów.

Normą w krajach afrykańskich jest w praktyce tolerowanie łapownictwa przy projektach unijnych czy Banku Światowego. Wysocy urzędnicy obu instytucji mówią wprost, że na Czarnym Lądzie bez zagwarantowania części środków z owych projektów dla lokalnych układów polityczno-biznesowych, albo lepiej – polityczno-przestępczych, nie ma mowy o tym, by projekty humanitarne, gospodarcze czy edukacyjne w ogóle mogły zaistnieć. Pamiętam rozmowę z polską zakonnicą w Burundi, której zgromadzenie własnym sumptem wybudowało szpital na prowincji. Narzekała: „ Rozumiem, że tutaj musi być łapówka, niech by była 20 proc., ale 80?”. No właśnie, spór często dotyczy nie tyle tego, czy korupcja jest niezbędna czy nie, ile już kwestii technicznych.: ile dać, żeby robić swoje?

Inne zarzuty podnoszone przez krytyków dotyczą zastępowania pracy miejscowych rozdawnictwem darów. Europejskie (ale też: amerykańskie, kanadyjskie, australijskie etc.) ekipy docierają do Afryki – i nie tylko tam – z projektami polegającymi na stałym, darmowym dostarczaniu żywności, odzieży, sprzętów tubylcom. Efekt: swoista demoralizacja. Miejscowi uważają, że „im się należy” i – jak opowiadał polski kapłan z jednego z krajów Afryki Środkowej – nie chcą...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: