Wykształciucha obróbka skrawaniem

Był 1999 r., gdy Rosja po raz drugi napadła na Czeczenię. Wraz z grupą zainteresowanych osób postanowiliśmy przeciwstawić się rosyjskim zbrodniarzom i utworzyliśmy poznański Komitet Wolny Kaukaz. Założyli go ludzie, których połączył zdecydowany, gdy trzeba radykalnie manifestowany, sprzeciw wobec rosyjskiego ludobójstwa. Ale nie tylko. Akcentowaliśmy, że obok obrony praw człowieka popieramy też niepodległość Czeczenii, czyli cele polityczne bojowników, stanowiących elitę tego bohaterskiego narodu.

Antykomuniści, anarchiści, prawicowcy, lewicowcy (nie mylić tych ostatnich z postkomuną ani lewicą kawiarnianą) – ideowa mieszanka osób, które zaangażowały się w czeczeńską sprawę, wyglądała wybuchowo. Porozumienie było jednak dojrzałe – wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że różni nas stosunek do Ameryki, Kościoła, gospodarki, innych konfliktów na świecie. Tych tematów nie poruszamy na manifestacjach, razem sprzeciwiamy się holocaustowi Czeczenii – ustaliliśmy.

Toczone przez lata rozmowy – podczas przygotowań do manifestacji, przy piwie czy na sądowym korytarzu (gdzie za owe protesty trafialiśmy) – pokazywały jednak, że łączy nas także coś innego. Choć większość z nas miała po dwadzieścia parę lat, a spora część studiowała, to zbliżała nas niechęć do... studentów. Krytyczny stosunek do ich systemu wartości, stylu życia i myślenia, podejścia do kariery, poglądów (częściej ich braku). „Antystudenckość” stawała się pewnym niezauważalnym łącznikiem, przezwyciężającym ideowe podziały, zbliżającym nas „klimatycznie”.

Wrażenie, że to od „antystudenckości” zaczyna się z reguły każda ideowa, niekonformistyczna działalność dwudziestoparolatka (w tym także ta kojarzona z myśleniem inteligenckim, jak obrona praw człowieka), nie było zresztą dla mnie nowe.

Siła przebicia jako religia wykształciucha

Spory o edukację miały u nas w ciągu ostatnich dwóch lat charakter ideologiczny. Środowiska radykalnej lewicy i...
[pozostało do przeczytania 86% tekstu]
Dostęp do artykułów: