Dźwig Pani Ani

Poprzednie miesięczniki

Po wojnie pan Katz pozostał na Litwie. Wziął sobie nową żonę, ale ta pierwsza pozostała największą miłością jego życia. Z Krepsztulami nie przestał się przyjaźnić. A oni także pozostali w Taboryszkach. Do Polski wyjechał jedynie syn – Henryk. Decyzję podjął Józef. To nie sztuka być Polakiem w Polsce. Zostaniemy. Tymczasem stan zdrowia Anny się pogarszał. Diagnoza nie dawała złudzeń – gruźlica kości. Cierpiała na nią też jej matka. Na nieszczęście choroba córki okazała się znacznie cięższa. Bywało, że całe tygodnie spędzała w łóżku. Właśnie podczas jednego z takich momentów ojciec dał jej papier i kredki. Zaczęła rysować. Chęć zabicia nudy w mgnieniu oka przerodziła się w pasję. Dziś, goszcząc w jej małym domu w Taboryszkach, nie sposób oderwać wzroku od płócien, które szczelnie pokrywają całe ściany. Malowanie zapewne wiele razy uratowało jej życie. To prawdopodobnie ono zmobilizowało ją do niesłychanej wprost dyscypliny, jaką narzuciła swemu choremu ciału. Opowieści o pierwszych próbach organizowania wystaw brzmią dziś jak dobre żarty. Państwowa komisja z Wilna była nieusatysfakcjonowana obrazami, bo nie dopatrzyła się na nich choćby cienia... kołchozowego budynku. A dojarki nie mogłaby pani namalować? – pytano zachęcająco. Malarka machała ręką i cierpliwie czekała na lepsze czasy. Gdy narodził się pomysł restauracji Uniwersytetu imienia Stefana Batorego, Anna Krepsztul jak oszalała malowała obrazy – dziesiątki obrazów. Wszystkie powędrowały za ocean, by na aukcji zasilić
     
45%
pozostało do przeczytania: 55%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze