Futbol i polityka

Poprzednie miesięczniki

Polityka oczywiście różni się od futbolu. Jest takie stare futbolowe powiedzenie, że w każdej drużynie dwóch piłkarzy – bramkarz i lewoskrzydłowy – to wariaci. W polityce liczba wariatów jest znacznie większa niż proporcje 2 do 11… W grze politycznej i w grze boiskowej są różne style. Jedni preferują siłowy, toporny futbol, np. zespoły niemieckiej Bundesligi, inni wolą piłkę finezyjną, niekończące się podania, gdy liczą się głowa i spryt, a nie tylko siła i bicepsy. Dlatego też Barcelona wygrywa z Manchesterem, a prof. Lech Kaczyński w 2005 r. z zespołem „reszty świata”. Piłka i polityka to gra fauli. Są faule i faule. Można „kosić równo z ziemią”, niczym bolszewicy mienszewików, lub też finezyjnie ciągnąć przeciwnika za koszulkę, powodując jego upadek, jak to zrobił z byłym szefem Komisji Europejskiej i lewicowym premierem Włoch Romano Prodim jego poprzednik, a jednocześnie następca – Silvio Berlusconi (skądinąd właściciel klubu Serie „A” AC Milan). Czasem dochodzi też do, pozornie paradoksalnych, przepychanek wśród kolegów z drużyny. Nasz Artur Boruc ostatnio w szatni Celticu Glasgow spuścił łomot szkockiemu napastnikowi własnego klubu, ale takich przypadków zdarza się sporo. To zupełnie, wypisz, wymaluj, jak wzajemne „wycinanie się” kolegów partyjnych przy okazji wyborów lub między wyborami. Cóż, to właśnie w ojczyźnie futbolu premier Winston Churchill pouczał młodego konserwatywnego posła, gdy ten w swoim pierwszym występie w House of Common ostro przejechał się po
     
46%
pozostało do przeczytania: 54%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze