Taki mus



W pozyskiwanie czarnego złota zaangażowane są całe rodziny. Kilkunastoletnich chłopców nie wpuszcza się jeszcze do szybów. Wykonują za to całą robotę na powierzchni. Wyciągają, przesiewają, dzielą i pakują. Pod ziemię wchodzą najbardziej doświadczeni. Zjeżdżają po linie na głębokość do 18 metrów. Do innego świata, gdzie panuje mrok i stała temperatura około 16 stopni C. Pracują w samych bluzach, bez kasków, ochronnej odzieży, okularów. 

Przy biedaszybach nie ma marnotrawstwa. Przydają się nawet najdrobniejsze kawałki węgla. To, co pozostanie po pracy kopaczy i ich rodzin, zbierają ci, którzy nie mają żadnych szans na dorobienie pod ziemią – starzy górnicy, którzy stracili pracę bez prawa do emerytury.  

W biedaszybach nie ma miejsca dla cwaniaków. Kopacze to ludzie honorowi, każdy trzyma się swojego wykopu, nie wyciąga węgla z cudzego szybu. Doświadczenie i wiedza o górniczym fachu, a nie siła fizyczna liczą się tu najbardziej. Dobry górnik w mig wyszuka wychodni, czyli miejsca, w którym złoże węgla sięga powierzchni ziemi. Nie ma w Wałbrzychu dzielnicy, gdzie nie można by się natknąć na głębokie doły. Z reguły kopacze starają się dobrze zabezpieczyć szyby, robią drewniane obudowy wlotów. Mimo to nie brakuje szybów niezabezpieczonych – osypanych górą śliskiego piasku, więc o wypadek nietrudno. Ale tu, przy biedaszybach, człowiek oswaja się z niebezpieczeństwem. Wszystkich wypadków nikt dziś nie wyliczy. Na ratunek zasypanym nie przyjedzie ani specjalistyczna ekipa ratownicza, ani nowoczesny sprzęt. Uratować ich może tylko opanowanie i krzepa. 

Pewnego razu, gdy z aparatem fotograficznym w ręku obserwowałem pracę kopaczy, runęła na nas osiemnastometrowa ściana węgla. Zwały czarnego złota przysypały mnie i dwóch innych mężczyzn. Po trzech godzinach, własnymi rękami zdołaliśmy wykopać przejście i wydostać się z rumowiska.

Podczas gdy ja miałem już dosyć przygód, górnicy ustawili nowe zabezpieczenia szybu i...
[pozostało do przeczytania 14% tekstu]
Dostęp do artykułów: