JAPISZON

Dodano: 01/12/2011 - Numer 11 (69)/2011

Ten żywioł był jego. Nie widział siebie poza korporacją. Nie chciał mieć alternatywy. Jego życie było tu i teraz. Tygodnie kończyły się ostrą jazdą w piątek i sobotę. Niedziela była od odsypiania i regenerowania sił po „gorączce sobotniej nocy” i wcześniejszej „piątkowej jeździe po bandzie”. W poniedziałek rano szczury ustawiały się przecież, jak co tydzień, na linii startu. Ten styl życia był jedynym, jaki znał. Przecież nie mogło być lepszego. Wszystko było poukładane i przewidywalne, nawet weekendowe balangi i laski wyciągane z dyskotek. Wszystko toczyło się takim torem, jakim miało się toczyć i jakim w tym samym czasie żyli dwudziestoparo- i trzydziestolatkowie w Berlinie, Pradze, Paryżu, Londynie czy Oslo. No, w tym ostatnim mieście, jak sam się przekonał, z całonocnym imprezowaniem było gorzej, bo potomkowie wojowniczych wikingów mocno zmieszczanieli i woleli spać, niż szaleć. Ale na tle innych byli mało atrakcyjnym wyjątkiem, dziwem natury, pretekstem do gadek o mało finezyjnych i nielubiących się bawić Skandynawach. *** Warszawa spała w tę sierpniową noc. Choć na pewno nie spali bywalcy nocnych klubów, dyskotek, pubów. Ta geografia nocnego życia była pasjonująca. Choć, prawdę mówiąc, jednak paradoksalnie – bo to stolica przecież – owa nocna geografia była uboższa od tego, co widział choćby we Wrocławiu, a nawet może i w Krakowie. Wychodził z klubu o drugiej nad ranem bynajmniej nie po to, by zakończyć swoją „aktywność kulturalną”, lecz żeby przenieść się w inne
     
9%
pozostało do przeczytania: 91%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze