PO PRZEGRANEJ

Aby jednak taka dyskusja miała sens, by chociaż stwarzała nadzieje na powodzenie, chociaż niekoniecznie jutro czy pojutrze, trzeba uznać złą rzeczywistość, przyznać, jaka ona jest. Bez żadnych ogródek, bez prób jej „osładzania”.

Od miesięcy apelowałem, aby, przynajmniej psychologicznie, być gotowym na możliwość niepomyślnego scenariusza. Zamiast tego dominował, i to na długo przed 9 października, bazujący na złudzeniach, całkowicie bezzasadny hurraoptymizm. Co jakiś czas rozlegały się głosy, że Partia Rządząca kończy się, rozsypuje, sypie. A przynajmniej nieznaczna jej przegrana jest niemalże pewna (nie zgadzam się z opinią, że na wynik wyborów zasadniczy wpływ miało jakieś jednostkowe wydarzenie pod koniec kampanii, chociaż jej finał z pewnością nie był udany).

Bardzo chciałbym przejść z miejsca do przynajmniej wstępnych, pozytywnych sugestii, co należy robić, zrobić, by, nawet bez gwarancji sukcesu, zaistniały jakieś szanse na tak niezbędny Polsce przełom. Ale muszę najpierw poruszyć parę innych spraw.

Przede wszystkim, wręcz brutalnie, powtórzę, że zarówno dotychczasowe diagnozowanie sytuacji, jak i dotychczasowe metody, podejmowane kroki, całkowicie zawiodły. Mimo to, przynajmniej na razie, mam odczucie, że sugerowanie konieczności wspomnianej debaty (nie myślę o wypisach pseudożyczliwców) nie spotyka się ze szczególnym zrozumieniem.

Bazowanie, raz jeszcze, na optymizmie „mimo wszystko”, na nieposzerzonym przesłaniu, szukanie wszelkich możliwych uzasadnień dla takiej postawy jest, według mnie, kontrproduktywne.

W Partii Rządowej kłócą się, a więc obóz rządzący oczywiście musi się rozłamać, rozlecieć, rozpaść, i to w niedługim czasie. A to spowoduje, że niejako samoczynnie całkowicie osłabnie (po zdecydowanie wygranych wyborach!). No i nadchodzi kryzys, a jego efektem muszą być za pół roku czy za dwa lata przedterminowe wybory. To, iż nie przetrwa on całej kadencji, przyjmuje się, jako niemalże pewnik,...
[pozostało do przeczytania 81% tekstu]
Dostęp do artykułów: