Lewek z mokrą grzywą i atlas życia

Jesienny Berlin spływa deszczem. Zalane schody stacji metra Potsdamer Platz, krople spadające z grzywy wykutego z brązu lwa przed Starym Muzeum, błotniste ścieżki parku Tiergarten, parasole smagane wiatrem. Jest chłodno, mokro, ciemno. Można uciec do kawiarni, ale przyjemniej do muzeum. W świat etruskiej biżuterii, portretów Holbeina i Rembrandta, w czarne tablice „Atlasu Mnemosyne” Aby’ego Warburga. Cisza, studenci szkicujący posągi Diany, skupienie, ucieczka. I brodzący w kałużach świat za oknem.  Zanim człowiek pójdzie na spacer aleją Unter den Linden, jakoś do Berlina musi dotrzeć. A więc pociąg. Mikrokosmos stosunków społecznych. Zamaseczkowana przestrzeń wspólna. A na granicy dreszczyk emocji jak za dawnych lat. Żarty z niemieckiego państwa opiekuńczego „Poproszę dowód osobisty lub paszport!”. Funkcjonariusz policji federalnej nie ma poczucia humoru. Patrzy z niedowierzaniem w twarze dwójki pasażerów pociągu relacja Warszawa–Berlin, a jego oczy z każdą sekundą robią się większe. To jedyni pasażerowie, od których zażądano dowodu tożsamości. Scenka widziana zza fotela, więc bardziej słuchowisko niż teatr. Dłoń cienka jak gałązka podaje policjantowi zwinięty kawałek papieru. „Przecież to jest świadectwo urodzenia! Bez zdjęcia. Co ja mam z tym zrobić? Poproszę dowód! Bilet miesięczny, legitymację szkolną, cokolwiek!”. Towarzysz podróży właścicielki gałązkowej dłoni – ciemna karnacja, łamany niemiecki – zapewnia, że jest obywatelem Szwecji
     
17%
pozostało do przeczytania: 83%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze