WRZESIEŃ 2011

Ich zmobilizowanie powinno być priorytetem. Tu właśnie powinno się przede wszystkim szukać dodatkowych głosów. A nie w innych miejscach, prowadząc chyba pogoń za „niezdecydowanymi”, co w wielkiej mierze jest grą w ciemno.

Prawdę mówiąc, już od dawna powinno się mieć w zanadrzu dokładną, drobiazgową, wręcz geograficzną listę, mapę tych gmin, okręgów i w pełni ją wykorzystać. W innych miejscach powinny zaś działać siły lokalne.

Słyszę, że wolontariusze mają kontrolować punkty wyborcze. To wskazane. Jednak, moim zdaniem, główną rolą tych wolontariuszy powinno być zobowiązanie, że naprawdę skłonią do udania się do urn dwóch czy pięciu znajomych, sąsiadów, którzy w znacznym stopniu podzielają ich zdanie. Można by zwrócić im uwagę na szczególne znaczenie tych wyborów i dopilnować, sprawdzić (prywatnie) tuż przed głosowaniem, czy naprawdę się na nie wybierają.

Wszędzie w świecie partie mają „swoje” tereny i staranie o maksymalne wykorzystanie tej sytuacji jest dla nich najważniejsze. A nie krążenie, wciąż nieco chaotyczne, po całym kraju. No, ale u nas naprawdę profesjonalna kampania (nie tylko w tym aspekcie) to może melodia przyszłości.
Krzykliwie podnosi się sprawę tzw. debat. Tymczasem w systemie politycznym podobnym do naszego nie są one przed wyborami parlamentarnymi żadnym obowiązkiem liderów. To nie są wybory prezydenckie. Natomiast celowe i praktykowane są publiczne dyskusje lokalnych kandydatów-rywali. O zamiarach,  przynajmniej deklarowanych, obu głównych partii i tak wiadomo prawie wszystko.

Jeśliby jednak do debaty najważniejszych liderów doszło – chodzi mi zresztą także o ostatnie wystąpienia – to trzeba zdawać sobie sprawę, że w obecnym świecie liczy się w nich (niestety) głównie tzw. ogólne wrażenie, wizerunek. Cięte riposty, lakoniczność, a nawet poczucie humoru. Nie długie wywody, ale krótkie zdanie, które będzie długo pamiętane. Ważna jest też rezygnacja z ponurości, zawziętości na rzecz pewnej...
[pozostało do przeczytania 55% tekstu]
Dostęp do artykułów: