Dekalog Quentina Tarantino

„Zawsze mówiłem, że zrobię tylko dziesięć filmów. Teraz pokazuję dziewiąty i wcale się z dawnej deklaracji nie wycofuję” – zapowiedział Quentin Tarantino przy okazji premiery „Pewnego razu… w Hollywood”. Wydawać by się mogło, że chwyty, którymi zdobył światową kinematografię, zagwarantowały mu sukces, mimo że za każdym razem były… tanie. Udowodnił, że nieuk może zachwycić Hollywood. Że parodia taniego kina może być wyrafinowana. Że innowacje mogą wywodzić się z błyskotliwego obśmiania tradycji. Arcydzieło… w Hollywood O ostatnim filmie Tarantino mówi się bez przesady, że to arcydzieło, które przeszło najśmielsze oczekiwania i przyćmiło „Pulp Fiction”. Ma mnóstwo odwołań i symboliki. Sharon Tate symbolizuje tu niewinność, Charles Manson – agresję filmowego przemysłu. „Pewnego razu…” miało być kroniką Hollywood lat 60. według ekscentrycznego amerykańskiego aktora. Jest więc tu surowa ocena rozchwianej psychiki zmanierowanych aktorów, są też zachwyt nad ich talentem i ich urodą.  Aktor Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) i jego kaskader Cliff Booth (Brad Pitt) to nierozłączny duet, który po pobycie w Europie wraca do Hollywood, gdzie po latach nieobecności bardzo trudno mu się odnaleźć. Na domiar złego Rick mierzy się ze swoimi słabościami, popadając w depresyjne stany. Czy kiedyś zagra u mieszkającego po sąsiedzku Romana Polańskiego, nazwanego w filmie pieszczotliwie „polskim kutasiną”? Czy uda mu się zaprzyjaźnić z uroczą Sharon Tate?  I dlaczego
     
20%
pozostało do przeczytania: 80%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze